Amerykańską stolicę kowbojów założyli Polacy! Do dziś słychać tu śląską gwarę

W zbiorowej wyobraźni Dziki Zachód to kraina Johna Wayne'a, samotnych rewolwerowców i szeryfów ze złotą gwiazdą na piersi. W tej legendzie nie ma miejsca dla Górnoślązaków w wełnianych kubrakach, księdza z Płużnicy Wielkiej ani osadników, którzy po raz pierwszy w życiu zobaczyli ocean dopiero w drodze do Ameryki. A jednak to właśnie oni wpisali się w historię Dzikiego Zachodu równie wyraźnie, co Anglicy, Irlandczycy czy Latynosi.
- Z ziemi śląskiej do Teksasu
- Podróż w nieznane
- Wigilia pod dębem
- Tortilla, bawełna i rewolwer w kaburze
- Strzelający ksiądz na dzwonnicy, czyli Wielkanoc 1868
- Bandera – światowa stolica kowbojów (z polskim rodowodem!)
- Panna Maria – śląska gwara i teksański kapelusz
- Bibliografia
Z ziemi śląskiej do Teksasu
Franciszkański ksiądz Leopold Moczygemba, urodzony w 1824 roku w Płużnicy Wielkiej koło Strzelec Opolskich, trafił do Teksasu jako wysłannik papieski. Kiedy jego amerykańscy przełożeni postanowili pozyskać nowych osadników z Europy, odesłali go do domu – a on, ze szczerym entuzjazmem, udał się prosto w rodzinne strony.
Moczygemba miał dar przekonywania. Jego opisy teksańskiego życia brzmiały jak listy z raju – żyzna ziemia, wolność, nowe możliwości. Górnoślązacy, przygnieceni pruskim zaborem i biedą, słuchali z wypiekami na twarzy. Wkrótce zebrała się grupa kilkuset osób gotowych porzucić wszystko. Nikt z nich tak naprawdę nie wiedział, gdzie leży Teksas.
Podróż w nieznane
Pierwsza fala ruszyła pociągiem do Poznania, stamtąd przez Berlin do Bremy, a następnie statkami przez Atlantyk. Dwumiesięczna przeprawa morska była koszmarem dla ludzi, których jedyne wyobrażenie o podróżowaniu pochodziło z czasu służby w pruskiej armii. Gdy statki zawinęły do Galveston nad Zatoką Meksykańską, Ameryka przywitała ich z całą swoją obcością.
Lokalny kronikarz L.B. Russel opisał to spotkanie z wyraźnym rozbawieniem. Śląskie kobiety, których suknie kończyły się kilka cali powyżej kostek, wywoływały konsternację w społeczeństwie, w którym taki widok był nie do pomyślenia. Ciepłe, błękitne wełniane kurtki rozbawiły nie mniej – osadnicy nie wiedzieli, że w Teksasie zimy po prostu nie ma.

Wigilia pod dębem
Z Galveston osadnicy ruszyli pieszo w stronę San Antonio – 250 kilometrów przez teksańskie bezdroża. Grzechotniki i tarantule, skwar w ciągu dnia i chód nocy, ciągłe zagrożenie atakiem ze strony Indian lub grasujących band. Nie wszyscy dotarli do celu: część osób zginęła w drodze, inni zatrzymali się w napotkanych osadach – paradoksalnie często niemieckich.
Ci, którzy dotarli do San Antonio, zastali ziemię bez dachu nad głową. Ksiądz Moczygemba nie spodziewał się tak szybkiego przybycia i nie zdążył przygotować schronienia. Ruszyło gorączkowe kopanie ziemianek i stawianie szałasów – w środku pory deszczowej. W Wigilię 1854 roku Moczygemba odprawił uroczystą mszę pod miejscowym dębem. Ten moment uznano za symboliczny początek Panny Marii – pierwszej stałej polskiej osady w Ameryce.
Tortilla, bawełna i rewolwer w kaburze
Pierwsze lata były walką o przetrwanie. Ci, którzy zostali, zaczęli uprawiać ziemię i stawiać domy z charakterystycznymi śląskimi spadzistymi dachami, które natychmiast odróżniały Pannę Marię od innych osad. Pisali do rodzin z prośbą o europejskie narzędzia, bo amerykańskie uważali za… nienadające się do niczego. Stopniowo na polach zagościła bawełna i kukurydza, zwana przez Ślązaków „korną". Od miejscowych Meksykanów nauczyli się piec tortille, które szybko stały się stałym elementem ich menu.
Po kilku latach nadeszły susze, które zniszczyły plony. Ataki Indian i uzbrojonych band nie ustawały. Narastające rozczarowanie skoncentrowało się na księdzu Moczygembie – założycielu całego przedsięwzięcia. Gdy zaczęto mówić o samosądzie, franciszkanin uznał, że czas zniknąć. Wyjechał na północ i już nie wrócił. Tymczasem wielu mieszkańców Panny Marii, jak choćby niejaki Rzeppa, zdobyło sławę doskonałych rewolwerowców, znakomicie odnajdujących się w teksańskich realiach.
Strzelający ksiądz na dzwonnicy, czyli Wielkanoc 1868
Historia polskiej osady na Dzikim Zachodzie ma swoją scenę rodem z westernu. Działo się to w Wielkanoc 1868 roku, gdy parafianie wychodzili z kościoła po mszy. Osadę otoczyło około osiemdziesięciu uzbrojonych kowbojów, którzy zaczęli zaczepiać i szydzić z mieszkańców. Polacy nie zabrali broni do kościoła – jak na najważniejsze święto w kalendarzu liturgicznym przystało – więc stali bezbronni.
Gdy jeden z Amerykanów wycelował z dubeltówki w stojące przed świątynią kobiety, strzelba nie wypaliła. Za to odpalił się gniew księdza Bakowskiego – chwycił własną strzelbę, wbiegł na dzwonnicę i rozpoczął ostrzał z wysokości. Umiejętności strzeleckie duchownego okazały się wystarczające: napastnicy musieli się wycofać, a parafianie zostali ocaleni. Trudno o bardziej westernowe zakończenie.
Bandera – światowa stolica kowbojów (z polskim rodowodem!)
Część tej samej fali osadników z okolic Strzelec Opolskich zatrzymała się dalej na północ od San Antonio, przy tartaku na pograniczu ziemi Indian i białych. Założyli tam osadę, która otrzymała nazwę Bandera – od hiszpańskiego słowa oznaczającego flagę wbitą na granicy terytoriów. Dziś Bandera jest oficjalną światową stolicą kowbojów. Zamieszkuje ją niespełna tysiąc osób, polskie nazwiska nadal tu wybrzmiewają, a mieszkańcy od lat pielęgnują tradycję – nie dla turystów, lecz dla samych siebie.
Artur Owczarski, podróżnik i autor książki „Teksas to stan umysłu", nakręcił o Banderze nagrodzony Grand Prix dokument „Cowboy Capital". Opisuje to miejsce jako przestrzeń dla ludzi, którym przeszkadza pośpiech: takich, którzy chcą się zatrzymać i zastanowić nad sobą. Kowbojski etos – pracowitość, odwaga, grzeczność wobec słabszych, umiłowanie wolności – żyje tu w codziennych wyborach, nie tylko w kapeluszu i ostrogach.
Panna Maria – śląska gwara i teksański kapelusz
Panna Maria przetrwała, choć naprawdę niewielu by na to stawiało. Dziś to niemal wymarłe miasteczko – klasyczne „ghost town" z teksańskiej pocztówki: stary kościół, zabytkowy dąb, sklep z polskimi pamiątkami. Nieliczni mieszkańcy, którzy zostali, kultywują jednak tradycję przodków w sposób zupełnie wyjątkowy.
Mówią gwarą śląską z XIX wieku – tą samą, którą przywieźli ze sobą pradziadkowie – wzbogaconą o słowa – których nie ma w żadnym słowniku, bo powstały tu, w Teksasie – na opisanie rzeczy, których Śląsk nie znał. Na głowach noszą białe teksańskie kapelusze. To chyba najlepszy symbol tej społeczności: polskość, śląskość i Dziki Zachód, splecione ze sobą tak mocno, że jedno bez drugiego już nie istnieje.
Bibliografia
- Owczarski A., Teksas to stan umysłu, Warszawa 2020.
- https://festiwalsilymarzen.pl/film-the-cowboy-capital/
- https://ponadgranicami.org/polscy-kowboje-i-osadnicy-na-dzikim-zachodzie/
- https://www.national-geographic.pl/traveler/podcasty-traveler/gdzie-znajduje-sie-stolica-kowbojow-zalozyli-ja-polacy/
- https://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/27058?t=W-strone-zachodzacego-slonca-Jak-Dziki-Zachod-wyrwal-sie-poza-granice-Ameryki