Bałtyk skuty lodem tak, że stawiano na nim karczmy – ile w tym prawdy, a ile legendy?

Podróż karawan kupieckich po bezkresnej lodowej tafli. Drewniane zajazdy, z których kominów unosił się dym, stojące wprost na zamarzniętym morzu. Dla mieszkańców północnej Europy nie były to obrazy z baśni, lecz zimowa rzeczywistość. W okresie tzw. małej epoki lodowcowej Bałtyk regularnie zamarzał na długie tygodnie, stając się miejscem podróży, handlu, a nawet… pochodów armii.
- Klimat, który zmienił wszystko
- Karczmy na Bałtyku
- Wojny na zamarzniętym morzu
- Rekordowe zimy
- Ostatnie takie zimy w XX wieku
- Zimowych wspomnień czar
Klimat, który zmienił wszystko
Zanim na Bałtyku pojawiły się karczmy, Europa przeszła prawdziwą rewolucję klimatyczną. Jeszcze we wczesnym średniowieczu na Starym Kontynencie było na tyle ciepło, że na terenach dzisiejszej północnej Polski uprawiano winorośl. Potem nadeszła tzw. mała epoka lodowcowa – okres od XIV do XIX wieku, kiedy temperatury drastycznie spadły. To właśnie wtedy Bałtyk regularnie zamarzał, tworząc niezwykłe możliwości prowadzenia handlu i… wojny.
Już w XIV wieku kronikarze odnotowywali niespotykane zjawiska. Morze Bałtyckie miało zamarzać tak, że na Cieśninach Duńskich mogli swobodnie wędrować skandynawscy kupcy. Choć niektóre przekazy mogą być przesadzone, jedno jest pewne – dla ówczesnych mieszkańców zamarznięty Bałtyk przestał być barierą. Stał się szlakiem komunikacyjnym, który na zawsze zmienił życie w regionie.
Karczmy na Bałtyku
Najbardziej fascynującą legendą z tamtych czasów są karczmy stawiane wprost na zamarzniętym morzu. Według przekazów, takie drewniane budynki z prawdziwymi piecami i gorącym posiłkiem służyły podróżnym przemierzającym lodowe pustkowia. Czy to możliwe, żeby ktoś budował je na środku morza?
Olaus Magnus, szwedzki duchowny żyjący w XVI wieku, był przekonany, że tak. W swoim dziele Historia ludów północnych szczegółowo opisał, jak Niemcy stawiali takie karczmy na lodzie. Na swojej słynnej mapie Carta Marina z 1539 roku zaznaczył nawet ich położenie – jedna z nich miała znajdować się kilkanaście kilometrów na północ od dzisiejszego Władysławowa.
Nawet jeśli te opowieści są nieco podkoloryzowane, pokazują coś ważnego: dla ludzi tamtej epoki zamarznięty Bałtyk był na tyle stabilny i bezpieczny, że można było na nim normalnie funkcjonować. To nie był tymczasowy lód, który za chwilę pęknie, ale solidna, zimowa droga handlowa.

Wojny na zamarzniętym morzu
Lodowy Bałtyk zmieniał nie tylko handel, ale i politykę. W czasie Potopu Szwedzkiego doszło do jednego z najbardziej brawurowych manewrów w historii wojskowości. W styczniu i lutym 1658 roku król Szwecji Karol X Gustaw, mimo że jego wojska walczyły w Polsce, postanowił zaatakować Danię.
Wykorzystał wyjątkowo mroźną zimę. Jego armia przemaszerowała przez zamarznięte cieśniny – Wielki i Mały Bełt – kierując się wprost pod Kopenhagę. Ten „marsz przez Bełty” zakończył się pełnym sukcesem i zmusił Duńczyków do kapitulacji. Bez wyjątkowo grubego lodu taka operacja byłaby niemożliwa.
Ale Szwedzi nie byli pierwsi. Już w XIV wieku duńskie kroniki donosiły o słowiańskich wojownikach, którzy podobno po lodzie przedostawali się z kontynentu do Danii. Zamarznięte morze znosiło granice – i to dosłownie.
Rekordowe zimy
Niektóre zimy były tak ekstremalne, że pamięć o nich przetrwała wieki. Za najsroższą uchodzi ta z 1709 roku, zwana „zimą tysiąclecia”. Mróz dotarł wtedy aż na południe Europy, powodując skucie lodem Zatoki Weneckiej i portów w Marsylii.
Na Bałtyku lód utrzymywał się tak długo, że pierwszy statek do Gdańska mógł wpłynąć dopiero 11 maja. Krążyły nawet opowieści, że w 1709 roku można było przejść pieszo z Danii do Szwecji. Choć trudno to dziś zweryfikować, sama skala zamarzania morza musiała być imponująca.
Czasami lód potrafił być jednak zabójczo niebezpieczny. Wiosną 1829 roku po gwałtownych roztopach na Wiśle utworzyły się potężne zatory lodowe. W połączeniu z tzw. cofką na Bałtyku doprowadziły do największej powodzi w historii Gdańska. Miasto zalała woda, pokazując, że siła żywiołu może być równie groźna, co jego piękno.
Ostatnie takie zimy w XX wieku
Choć mała epoka lodowcowa zakończyła się w XIX wieku, Bałtyk nadal potrafił zaskoczyć. Ostatnie całkowite zamarznięcie morza odnotowano zimą 1946/1947. Porty były odcięte od świata, a statki uwięzione w lodowej pułapce. Marynarka Wojenna prowadziła wtedy liczne akcje ratunkowe.
Wcześniej, w 1937 roku sytuacja w Gdyni była tak poważna, że Polska musiała poprosić o pomoc estoński lodołamacz „Tasuja”. A po wojnie, gdy baseny portowe regularnie zamarzały, mieszkańcy Gdyni mieli niecodzienną atrakcję – mogli podejść po lodzie do wraku niemieckiego pancernika „Gneisenau”, zatopionego u wejścia do portu.
Niektórzy starsi rybacy opowiadali również, jak w latach 30. jeździli samochodami ciężarowymi po zamarzniętej Zatoce Puckiej, skracając sobie drogę z Helu do Pucka. Dziś brzmi to jak nieprawdopodobna historia, ale dla nich była to zwykła zimowa praktyka.
Zimowych wspomnień czar
Odpowiedź jest prosta – zmiany klimatu. W ciągu ostatnich 30 lat temperatura wody w Bałtyku wzrosła o około 2°C. Zimy stały się znacznie łagodniejsze. Aby morze zamarzło tak jak dawniej, potrzebowałoby temperatury poniżej -15°C utrzymującej się przez kilka tygodni. Takie warunki w dzisiejszym klimacie są praktycznie niemożliwe.
Ostatnie większe, choć tylko częściowe zlodzenie odnotowano w 2018 roku. Dotyczyło ono głównie północnych części Bałtyku. Dziś regularne zamarzanie utrzymuje się tylko w zamkniętych akwenach, takich jak Zalew Szczeciński czy Zalew Wiślany.
Źródła:
- Magnus O., Historia ludów Północy, Zgorzelec 2015.
- Maracewicz T., Bałtyk, Warszawa 2025.
- https://tos.org/oceanography/assets/docs/16-4_rossby.pdf
- https://www.trojmiasto.pl/historia/Surowe-zimy-nad-Baltykiem-n153366.html