Pamiętasz gumę i klasy? Te zabawy z podwórka wracają do łask!

Coraz częściej ciszę na podwórkach przerywa nie śmiech dzieci, lecz dźwięk włączonych ekranów. Telewizor i komputer skutecznie zastępują ruch, spontaniczne bieganie i wspólne wymyślanie zabaw — a wielu rodziców nawet nie zauważa, jaką cenę może mieć ta zamiana. Gdy brakuje regularnej aktywności i kontaktu z rówieśnikami, spada sprawność, a nawiązywanie relacji zaczyna sprawiać trudność. Tymczasem dzieci, które spędzają czas na dworze, kipią energią i naturalną ciekawością świata. Co, jeśli da się sprawić, by gra wciągała równie mocno, tylko bez ekranu? Za chwilę poznasz dawne zabawy, które potrafiły porwać na całe popołudnia — i zobaczysz, dlaczego to właśnie one mogą mieć większy wpływ na rozwój dziecka, niż się wydaje.
- Trzepak – serce podwórka sprzed lat
- Gra w gumę i skakanka: powrót na podwórka?
- Klasy na chodniku: zasady i warianty gry
Trzepak – serce podwórka sprzed lat
W latach 60. i 70. minionego stulecia osiedlowy trzepak był prawdziwym sercem podwórka. Po lekcjach zbierali się przy nim i młodsi, i starsi: żeby pogadać, dowiedzieć się, co nowego, zapytać o radę w ważnej sprawie albo po prostu stanąć obok kogoś, kto się podobał. To właśnie tam rodziły się znajomości, które nieraz zostawały na całe życie. Zabawy na tej konstrukcji z dwóch metalowych rurek wymagały sprytu, siły i odrobiny odwagi.
Najczęściej — zwłaszcza wśród dziewczynek — królowały fikołki. Robiło się je na różne sposoby: do przodu i do tyłu, na niższej albo wyższej poprzeczce. Bardziej wprawieni podwórkowi akrobaci potrafili zwisać głową w dół i to bez podpierania się rękami. Ci ostrożniejsi trzymali się poprzeczki rękami i nogami, dzięki czemu mogli przesuwać się wzdłuż całej długości. Choć nie była to rozrywka całkiem bez ryzyka, siniaki zdarzały się rzadko, a dorośli — pochłonięci swoimi sprawami — zwykle nie wtrącali się do zabaw dzieci.
Chłopcy także mieli na trzepak swój pomysł. Świetnie nadawał się na bramkę, do której strzelało się gole podczas podwórkowych meczów. Nawet jeśli nie było prawdziwej piłki, dziecięca kreatywność zawsze ratowała sytuację. Kopało się szmaciankę, a „boisko” wyznaczało się umownie, wśród głośnych okrzyków kibiców. Bardzo popularna była też gra w dwa ognie, w którą chętnie włączały się zarówno dziewczynki, jak i chłopcy. Uczestnicy dzielili się na dwie drużyny, a teren gry rozgraniczało się kredą albo kawałkiem cegły, rysując linię między połówkami. Po ustaleniu składów wybierano matki – czyli osoby stojące za przeciwną drużyną. Celem było zbijanie rywali piłką, a matki pomagały, podając i przechwytując, przez co dzieci dosłownie brały udział w owych dwóch ogniach. Nie było to wcale proste: gracze robili uniki, podskakiwali, schylali się i odskakiwali, by nie dać się trafić. Gdy zawodnicy po uderzeniu piłką schodzili z pola, drużyna stopniowo traciła skład — a to zwykle oznaczało porażkę.
Takie zabawy da się zobaczyć również dziś. Najczęściej jednak gry z piłką przeniosły się na szkolne boiska i odbywają się głównie podczas lekcji wf-u.
Gra w gumę i skakanka: powrót na podwórka?
Wystarczała zwykła guma kupiona w pasmanterii: wiązało się jej końce i już można było naciągnąć ją między dwiema osobami, przełożyć między nogami krzesła czy podwórkowej ławki albo zaczepić o trzepak. Najczęściej w gumę grały trzy osoby, choć chętnych bywało więcej — dzieci dobierały się w pary, cierpliwie czekały na swoją kolej i zamieniały się miejscami po nieudanym skoku, czyli po tzw. skusze.
Gumę zakładało się na kostki i z rundy na rundę podciągało coraz wyżej — nawet aż do szyi. Trzeba było mieć sprężystość w nogach i dobrą pamięć: układy bywały zaskakująco złożone, a dodatkową trudność stanowiła zmienna szerokość rozstawu — na nogach rozszerzonych, ustawionych w pozycji na baczność albo na jednej nodze. Grano w dziesiątki,powtarzając kolejne skoki w różnych wariantach, zaczynając od jedynek. Kto się pomylił, mógł liczyć na wybawienie, jeśli partner poprawnie wykonał skok, który wcześniej nie wyszedł. Gdy jednak pojawił się błąd — a o to nietrudno, zwłaszcza gdy guma była na wysokości ud czy pach — gracze zamieniali się rolami, a grę rozpoczynała dwójka, która dotąd trzymała gumę.
Równie dużo skoczności i kondycji wymagała zabawa ze skakanką. Skakano na lajkonika, na jednej nodze, obunóż albo na krzyżaka. Liczyło się to, kto wykona najwięcej bezbłędnych skoków, przeskakując skakankę do przodu i do tyłu. Dużej zręczności i skupienia wymagało też wskakiwanie w rytm kręcącego się sznura, trzymanego przez dwoje dzieci stojących naprzeciwko siebie.
Dziś wygląda na to, że gra w gumę niemal całkiem zniknęła z podwórek i szkolnych boisk. Coraz rzadziej widuje się też dzieci skaczące przez skakankę. A jednak te dawne hity potrafią wrócić, gdy dorośli sprytnie zachęcą młodszych do ruchu na świeżym powietrzu, jak za czasów rodziców i dziadków.
Klasy na chodniku: zasady i warianty gry
Dzieciaki kochają zostawiać swoje ślady na ziemi: rysować po chodniku i asfalcie, wydrapywać wzory patykiem w piasku albo tworzyć kredą całe małe dzieła sztuki. Jedną z takich zabaw są klasy – znane w wielu wersjach i pod rozmaitymi nazwami – które zaczynają się od narysowania odpowiedniej planszy. Wystarczy kreda i mały kamyk. Najczęściej spotkasz układ z trzech kwadratów ułożonych jeden nad drugim, nad nimi prostokąt podzielony na dwie części, potem kolejny kwadrat i na końcu następny prostokąt. Razem daje to 8 pól, na tyle dużych, by można było wygodnie postawić na nich stopy. Każde pole oznacza się numerem od 1 do 8. Warto sięgnąć po kolorową kredę – wtedy klasy od razu przyciągają wzrok i aż proszą się o pierwsze skoki.
Zasady są łatwe do zapamiętania. Dziecko staje przed narysowaną figurą i próbuje dorzucić kamyk na pierwsze pole. To wcale nie zawsze wychodzi – kamyk potrafi zatrzymać się na linii, wylądować poza planszą albo polecieć za daleko, na wyższe pola. Gdy rzut się uda, gracz skacze (obunóż albo na jednej nodze, zależnie od ustaleń), trafia na właściwe pole, podnosi kamyk i przechodzi do kolejnej klasy. Dotknięcie linii to skucha. Wtedy kolej na następne dziecko. Wygrywa ten, kto najszybciej zaliczy wszystkie pola aż do końca.
Ta podwórkowa klasyka doczekała się mnóstwa odmian. Dzieci grają w chłopka, skaczą po ślimaku, zaliczają pola grzyba albo bawią się w niebo i piekło. Radości jest przy tym sporo: kolorowe rysunki, śmiech, okrzyki i emocje, które słychać z daleka. Klasy to też świetny pretekst, by wyjść na dwór i spędzić czas z rówieśnikami. Zabawa wspiera rozwój – pobudza wyobraźnię, uczy rywalizacji fair play i wzmacnia relacje w grupie. Przy okazji dzieci ćwiczą równowagę, koncentrację oraz pamiętanie zasad, które w trakcie gry naprawdę mają znaczenie.