Koty palono, torturowano i wyśmiewano. Średniowieczna prawda szokuje

Choć dziś trudno w to uwierzyć, średniowieczny kot prowadził życie pełne skrajności. Bywał rozpieszczanym towarzyszem możnych, gwiazdą klasztornych marginaliów, ale też ofiarą najdzikszych przesądów. Jego historia była znacznie bardziej złożona i dramatyczna, niż mogłoby się wydawać.
- Nie tylko łowca myszy: kot w średniowiecznym domu
- Pupil arystokracji: perłowe obroże i portrety
- Mnich, mniszka i ich koci współbracia
- Cień podejrzeń: kot jako narzędzie diabła
- Publiczne okrucieństwo: gdy kocia muzyka nie była żartem
- Długi cień przesądów i stopniowa emancypacja
Nie tylko łowca myszy: kot w średniowiecznym domu
Koty w średniowieczu były nieodłącznym elementem codziennego życia, znacznie wykraczającym poza funkcję tępiciela gryzoni. Ówczesne ilustracje w modlitewnikach i bestiariuszach często przedstawiają je w domowych wnętrzach, spokojnie obserwujące życie rodzinne. Na miniaturze z niderlandzkich „Godzinek Joanny Kastylijskiej” kot spokojnie wyleguje się w kącie komnaty, podczas gdy para gospodarzy zajmuje się swoimi sprawami. Obecność zwierzęcia nie jest tu głównym tematem dzieła, ale naturalnym detalem, podkreślającym przytulny, domowy charakter sceny.
Status kota jako pełnoprawnego domownika potwierdzają także źródła pisane. W rachunkach z XIII-wiecznego dworu w Cuxham w Anglii znajduje się wzmianka o zakupie sera specjalnie dla kota. To dowód, że zwierzęta te nie musiały zdobywać pożywienia wyłącznie same, ale bywały hojnie dokarmiane przez ludzi. Czworonogi otrzymywały też własne, często osobliwe imiona – w jednym z klasztornych manuskryptów z opactwa Beaulieu zachowała się niepozorna, ale wymowna notka: obok dorysowanego na marginesie kocura, widnieje starannie wypisane imię „Mite”.
Pupil arystokracji: perłowe obroże i portrety
Dla średniowiecznej arystokracji psy czy koty były nie tylko domowymi pupilami, ale również żywym symbolem statusu i pozycji społecznej. Trzymanie zwierzęcia, które nie „pracuje” na swoje utrzymanie, nie pilnuje obejścia ani nie zapewnia pożywienia, ale którego jedyną funkcją było towarzystwo, było prawdziwą demonstracją luksusu. Portrety możnych często uwzględniały ich ulubieńców. Francesco Bacchiacca namalował młodą kobietę czule przytulającą do piersi pręgowanego kociaka. Gest ten nie służył tylko urozmaiceniu kompozycji, ale podkreślał czułość i osobistą więź dwojga istot.
Skala tego zamiłowania bywała niekiedy wręcz ekstrawagancka. Izabela Bawarska, królowa Francji, w 1406 roku zamówiła specjalne okrycie dla swojego kota, uszyte z jasnozielonego, drogiego materiału. Wcześniej, w 1387 roku, jej wiewiórka otrzymała obrożę wyszywaną perłami ze złotą klamrą. Takie gesty nie były wyjątkowe – świadczyły o emocjonalnym przywiązaniu i chęci otoczenia swoich podopiecznych wyjątkową opieką, co zresztą w niczym nie odbiega od współczesnych praktyk.

Mnich, mniszka i ich koci współbracia
Życie klasztorne, z pozoru surowe i zdyscyplinowane, również miało miejsce dla kociej obecności. Mnisi, spędzający długie godziny na przepisywaniu i iluminowaniu manuskryptów, często zapraszali kotów do swoich skryptoriów. Zwierzęta nie tylko tępiły myszy zagrażające cennym foliałom, ale także dostarczały towarzystwa i odprężenia w wymagającej pracy. Dowodem na to są liczne, zabawne rysunki na marginesach ksiąg – tzw. marginalia. W „Godzinkach z Maastricht” z XIV wieku widzimy mniszkę przy kądzieli, podczas gdy jej kot zabawia się swobodnie zwisającym wrzecionem. Inny rękopis z kolekcji State Library Victoria ukazuje kota… przebranego w habit mniszki.
Obecność tych zwierząt w świątyniach i klasztorach nie była jednak powszechnie akceptowana. Kaznodzieje, jak Anglik John Bromyard, potępiali je jako bezużyteczne, przesadnie rozpieszczane stworzenia, których utrzymanie jest niemoralne, gdy biedni cierpią głód. Mimo tej krytyki nie wydaje się, aby istniały formalne zakazy trzymania kotów w zakonach. Częste potępienia ze strony kaznodziejów sugerują raczej, że praktyka ta była dość powszechna i trudna do wyplenienia, właśnie ze względu na wzajemną sympatię mnichów i ich futrzastych współlokatorów.
Cień podejrzeń: kot jako narzędzie diabła
Niestety ten sielankowy obraz miał swoją mroczną odwrotność. Cechy, które dziś uważamy za urocze – bezszelestny chód, nocna aktywność, świecące w ciemności oczy – w średniowieczu budziły głęboki niepokój. Koty, szczególnie czarne, zaczęto łączyć z siłami nieczystymi, pogaństwem i czarami. Uważano, że mogą być wcieleniami demonów lub nieodłącznymi pomocnikami czarownic. Przesądy były tak silne, że wierzono, iż wiedźmy potrafią przekształcać się w koty, żeby niepostrzeżenie siać zło.
Wiara w magiczne moce kotów prowadziła do makabrycznych praktyk. Uznawano, że aby odebrać zwierzęciu moc i uniemożliwić mu udział w sabatach, należy je okaleczyć. Łamano im więc kości, obcinano ogony czy wyrywano kłaki futra. Praktyki te miały też rzekomo bezpośredni wpływ na samą czarownicę – wierzono, że rankiem po takim „zabiegu” na jej ciele pojawią się sińce i rany. To połączenie lęku przed nieznanym z okrucieństwem na długo zaciążyło na kocim losie.
Publiczne okrucieństwo: gdy kocia muzyka nie była żartem
Najbardziej wstrząsające były zbiorowe, rytualne formy znęcania się nad kotami, które traktowano jako formę rozrywki lub sposób na zapewnienie zbiorowej pomyślności. Określenie „kocia muzyka” nie pochodzi od nocnych hałasów, ale od prawdziwej tortury. W czasie festynów budowano tzw. kocie organy – drewniane skrzynie, w których zamykano zwierzęta, tak że na zewnątrz wystawały tylko ich ogony. Przywiązywane do nich sznurki połączone były z klawiaturą. „Grający” ciągnął za sznurki, powodując ból i wycie zwierząt, co tłum odbierał jako zabawny koncert. Taką „atrakcję” zgotowano m.in. cesarzowi Karolowi V w Brukseli w 1547 roku.
Innym powszechnym w całej Europie Zachodniej zwyczajem było rytualne palenie kotów. Szczególnie podczas święta przesilenia letniego, w Noc Świętojańską (24 czerwca), do ognisk wrzucano worki i kosze z żywymi kotami. Wierzono, że ofiara ta przyniesie urodzaj i odpędzi złe moce. We francuskim Ypres do XIX wieku praktykowano coroczne zrzucanie kotów z wysokiej wieży na oczach zebranego tłumu. Przeżycie zwierzęcia uznawano za pomyślną wróżbę. Te praktyki, choć z naszej perspektywy barbarzyńskie, były głęboko zakorzenioną częścią kultury ludowej, łączącą zabobon z poszukiwaniem wspólnotowej rozrywki.
Długi cień przesądów i stopniowa emancypacja
Nagonka na koty, szczególnie w epoce wczesnonowożytnej, miała też bardzo konkretne, negatywne konsekwencje. Masowe zabijanie tych zwierząt, podejrzewanych o konszachty z diabłem, pozbawiało miasta i wsie naturalnych tępicieli gryzoni. Historycy wskazują, że mogło to mieć pośredni wpływ na dynamikę epidemii dżumy, której głównymi roznosicielami były pchły pasożytujące na szczurach. Mniejsza populacja kotów oznaczała mniejszą kontrolę nad populacją gryzoni, co potencjalnie ułatwiało rozprzestrzenianie się choroby.
Proces rehabilitacji kota był długi i stopniowy. Okrutne festyny, jak to w Ypres, zniesiono dopiero na początku XIX wieku. Paradoksalnie, dziś miasto organizuje co trzy lata radosny „Festiwal Kotów” z paradami i wielkimi kukłami, który ma upamiętniać – już w sposób symboliczny i pojednawczy – tamte mroczne praktyki. Pełna akceptacja i sentymentalne uwielbienie, które znamy dziś, to w dużej mierze dorobek kultury masowej XX wieku, choć jego korzenie sięgają tych średniowiecznych mnichów i szlachcianek, które pierwsze dostrzegły w kocie nie demona, lecz przyjaciela.
Źródła:
- https://www.bangor.ac.uk/news/2022-12-23-cats-in-the-middle-ages-what-medieval-manuscripts-teach-us-about-our-ancestors-pets
- https://www.bl.uk/stories/blogs/posts/a-useful-companion-for-a-scholar-cats-in-the-middle-ages
- https://www.researchgate.net/publication/233742095_Killing_cats_in_the_medieval_period_An_unusual_episode_in_the_history_of_Cambridge_England
- https://www.worldhistory.org/article/1387/cats-in-the-middle-ages/