Była nominacja i skandal. Ten film Wajdy okazał się zbyt niewygodny dla Hollywood

Andrzej Wajda w 1974 roku stworzył dzieło, które do dziś pozostaje kasowym i jednocześnie niezwykle kontrowersyjnym filmem polskiej kinematografii. "Ziemia obiecana" - nominowana do Oscara, obsypana międzynarodowymi nagrodami - stała się przedmiotem zażartych sporów. Czy była cichym sprzeciwem wobec systemu? A może przypochlebiła się władzy? Dlaczego środowiska żydowskie uznały ją za antysemicką, skoro reżyser złagodził wymowę powieści Reymonta? Oto historia filmu, który wciąż budzi emocje.
- Reżyser między młotem a kowadłem
- Dwie zupełnie różne recepcje
- Jak Wajda oszukał Reymonta
- Kontrowersyjna aktualizacja
- Amerykański skandal i stracony Oscar
- Dziedzictwo podzielonego arcydzieła
- Nieoczekiwane życie po życiu
Reżyser między młotem a kowadłem
Po premierze filmu Andrzej Wajda znalazł się w wyjątkowo trudnej sytuacji. Z jednej strony stworzył monumentalne dzieło o dziewiętnastowiecznej Łodzi, które zachwyciło widzów dynamizmem i rozmachem. Z drugiej, film natychmiast stał się pionkiem w politycznej grze. Władze PRL szybko dostrzegły w "Ziemi obiecanej" doskonałe narzędzie propagandy.
Zachował się nawet tajny dokument Wydziału Pracy Ideowo-Wychowawczej KC PZPR, który nakazywał cenzurze odpowiednie "kierowanie" dyskusją o filmie. Władze liczyły, że uda im się wykorzystać fakt, iż "ten sam Andrzej Wajda, który na co dzień nie jest zaangażowany po naszej stronie, po raz pierwszy opowiada się za klasową interpretacją historii". Planowano ostrożnie podkreślać ten aspekt, aby oddalić reżysera od środowisk opozycyjnych.
Dwie zupełnie różne recepcje
Reakcja na film przypominała grę w głuchy telefon. Oficjalna prasa partyjna zachwycała się "wymowną ilustracją marksistowskiego pojęcia walki klasowej". "Trybuna Ludu" publikowała relacje z pokazów dla łódzkich robotników, gdzie starszy pracownik chwalił film, dodając tylko: "Brak mi tylko zorganizowanej klasy robotniczej".
Jednocześnie środowiska związane z Mieczysławem Moczarem atakowały Wajdę za "antypolskie nastawienie". Paradoksalnie, to właśnie partyjna "Trybuna Ludu" broniła filmu przed tymi zarzutami. Ten ideologiczny chaos sprawił, że krytycy zaczęli określać "Ziemię obiecaną" mianem "czystego kina" - wolnego od bezpośrednich politycznych deklaracji.

Jak Wajda oszukał Reymonta
Kluczem do zrozumienia kontrowersji są radykalne zmiany, jakie reżyser wprowadził do literackiego pierwowzoru. Władysław Reymont pisał "Ziemię obiecaną" prawdopodobnie na zamówienie środowisk narodowo-demokratycznych, a jego powieść nosiła wyraźne piętno antysemickie.
Wajda dokonał niemal rewolucyjnej reinterpretacji. W powieści żydowski wspólnik Moryc Welt zdradza głównego bohatera Karola Borowieckiego. W filmie Wojciecha Pszoniaka - Moryc pozostaje lojalnym przyjacielem do końca. To właśnie przyjaźń między Polakiem (Daniel Olbrychski), Żydem (Pszoniak) i Niemcem (Andrzej Seweryn) staje się w filmie jedynym światełkiem w mrocznym świecie łódzkiego kapitalizmu.
Reżyser poszedł nawet dalej - dodał sceny, których nie było u Reymonta. Sekwencja porannej modlitwy, gdzie Polak, Niemiec i Żyd modlą się jednocześnie, ale nie do Boga, a do "złotego cielca" fabrycznych kominów, stała się ikoniczna. Wajda celowo uczynił obraz Łodzi bardziej karykaturalnym i jednoznacznie negatywnym, aby podkreślić uniwersalność krytyki świata zdominowanego przez pieniądz.
Kontrowersyjna aktualizacja
Wajda nie nakręcił filmu historycznego w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Jego "Ziemia obiecana" była przede wszystkim komentarzem do współczesności. Rok 1974 to czas prosperity epoki Gierka, ale też narastającego rozczarowania i moralnego niepokoju.
Postać Karola Borowieckiego granego przez Daniela Olbrychskiego była czytelna dla ówczesnej publiczności. Olbrychski tuż wcześniej zagrał bohaterskiego Kmicica w "Potopie" Jerzego Hoffmana. Teraz pokazywał tę samą szlachecką energię skierowaną na bezwzględny biznes. Scena finałowa, gdzie Borowiecki wydaje rozkaz strzelania do strajkujących robotników, była odbierana dwojako. Jedni widzieli w niej jedynie historyczną ilustrację. Inni - w tym wielu opozycjonistów - dopatrywali się w niej proroczej zapowiedzi przyszłych konfliktów społecznych. Film trafiał w czuły nerw społeczeństwa rozdartego między pragnieniem dobrobytu a tęsknotą za autentycznymi wartościami demokratycznymi.
Amerykański skandal i stracony Oscar
Międzynarodowy sukces filmu przyniósł nominację do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Jednak właśnie w Stanach Zjednoczonych wybuchła największa burza wokół "Ziemi obiecanej". Amerykańskie środowiska żydowskie zarzuciły filmowi antysemityzm.
Paradoks polegał na tym, że oskarżenia padały głównie od osób, które... nie widziały filmu. Jak relacjonował później Wajda, na konferencji prasowej w Hollywood dziennikarz z Izraela przyznał: "Ja wcale nie muszę oglądać tego filmu, wystarczy, że przychodzi z Polski". Krytycy nie dostrzegali, że Wajda złagodził antyżydowską wymowę Reymonta, a negatywnych postaci nie brakuje wśród wszystkich narodowości przedstawionych w filmie.
Amerykański przemysł filmowy zachował się ostrożnie. Dystrybutorzy nie wprowadzili filmu do kin w Nowym Jorku i Los Angeles. Ostatecznie Oscar w 1976 roku trafił do "Dersu Uzała" Akiry Kurosawy, który w uzasadnieniu nagrody został określony jako film "nieobrażający niczyich uczuć".
Dziedzictwo podzielonego arcydzieła
Dziś "Ziemia obiecana" regularnie wygrywa plebiscyty na najlepszy polski film wszech czasów. Co ciekawe, jej recepcja nadal pozostaje podzielona. Konserwatywni krytycy zarzucają Wajdzie zafałszowanie rzeczywistości historycznej i zbyt łagodne potraktowanie niemieckich i żydowskich bohaterów. Historycy filmu podkreślają natomiast, że właśnie ta uniwersalna, ponadnarodowa krytyka kapitalizmu stanowi o sile dzieła.
Filmowe losy trzech przyjaciół stały się metaforą polskich dylematów modernizacyjnych. Karol Borowiecki wybiera między tradycyjnym dworem a nowoczesnym miastem, między honorem a sukcesem, między miłością a kalkulacją. Ten wybór okazuje się tragiczny w obu wersjach - zarówno u Reymonta, jak i u Wajdy.
Wajdowski obraz Łodzi jako "miasta-molocha" przetrwał próbę czasu nie jako historyczny dokument, ale jako uniwersalna przypowieść o kosztach cywilizacyjnego skoku. Każda epoka znajduje w nim coś dla siebie - lata 70. widziały krytykę moralnego kompromisu, lata 90. ostrzeżenie przed dzikim kapitalizmem, a dziś może być czytany jako refleksja nad ceną dynamicznego rozwoju społecznego i gospodarczego.
Nieoczekiwane życie po życiu
Ciekawostką są późniejsze losy filmu. W 2000 roku Wajda przygotował reżyserską wersję, skróconą o ponad 30 minut. Usunął m.in. kontrowersyjne sceny erotyczne, które w latach 70. szokowały, a pod koniec wieku wydały się już… banalne.
Oryginalna wersja doczekała się cyfrowej rekonstrukcji w 2012 roku. Co interesujące, to właśnie ta pierwsza, pełna wersja z 1974 roku jest dziś uważana za kanoniczną. Film wrócił też do Łodzi w formie szlaku turystycznego - można dziś odwiedzać pałace i fabryki, gdzie kręcono zdjęcia.
Źródła:
- Garbicz A., Kino, wehikuł magiczny. Przewodnik osiągnięć filmu fabularnego. Podróż piąta 1974-1981, Kraków 2009.
- https://akademiapolskiegofilmu.pl/pl/historia-polskiego-filmu/artykuly/dwie-ziemie-jalowe-1898-i-1974/483
- https://dzieje.pl/wiadomosci/50-lat-temu-odbyla-sie-premiera-ziemi-obiecanej
- https://wtonacjikultury.pl/2024/07/27/czy-ziemia-obiecana-1974-to-antysemicki-film/