Masz jeszcze bliznę po "fikołku" na trzepaku? Historia najpopularniejszego sprzętu w PRL

W PRL-u nie było smartfonów ani elektronicznych gadżetów, a o wielu zabawkach można było co najwyżej pomarzyć – w domowych budżetach zwyczajnie brakowało na nie miejsca. A jednak dzieciństwo potrafiło być wtedy zaskakująco barwne: całe dnie znikały na podwórku, a zabawy wciągały tak, że nikt nie patrzył na zegarek. Część tych gier przepadła bez śladu, inne – zwłaszcza te drużynowe – do dziś rozbrzmiewają w przedszkolnych salach. Jak dokładnie wyglądały podwórkowe rytuały sprzed lat? Kto wymyślał zasady: dorośli czy same dzieci? I czy w tamtych czasach w ogóle istniały „zabawy rozwojowe”, czy wszystko rodziło się spontanicznie, z niczego? Oto, co kryło się za beztroską PRL-owskich podwórek.
- Dziecięce zabawy w PRL: podwórko i trzepak
- Podwórkowe zabawy dzieci w czasach PRL
- Podwórkowe gry dziewczynek: klasy i guma
- Podwórkowe gry: fajerki i kapsle
- Najlepsze gry i zabawy grupowe dzieci
Dziecięce zabawy w PRL: podwórko i trzepak
PRL najczęściej przywołuje skojarzenia z niedostatkiem, a do tego świat wyglądał wtedy technologicznie zupełnie inaczej niż dziś. Nie było setek kanałów w telewizji, komputerowych hitów na wyciągnięcie ręki, smartfonów ani Internetu. W wielu domach budżet był skromny, więc niewielu rodziców mogło pozwolić sobie na częste kupowanie dzieciom zabawek. Te „legendarne” zabawki z PRL — pluszowe misie, proste plastikowe lalki czy małe autka — trafiały do rąk dzieci głównie od święta: na Gwiazdkę, imieniny albo od cioci, która wpadła w odwiedziny. Na co dzień trzeba było radzić sobie inaczej. I wcale nie oznaczało to nudy. Wręcz przeciwnie: dziecięce zabawy w PRL opierały się przede wszystkim na wyobraźni, sprycie i sprawności, a nie na gadżetach, których po prostu nie było. Dzieci same wymyślały zasady, gry i całe podwórkowe „światy”.
Inne było też podejście do wychowania. Przedszkolaki i uczniowie nie siedzieli w domach pod stałą kontrolą, jak często bywa obecnie. Zwykle pozwalano im bawić się na zewnątrz aż do zmroku. Na typowych osiedlach centrum życia dzieci stanowiło podwórko — a jego obowiązkowym elementem był trzepak. Dzieciaki biegały po okolicy, zaglądały na powojenne gruzowiska i na wysypiska, szukając „skarbów” i wspinając się na rumowiska. O zadrapania i zdarte kolana nietrudno było, ale mało kto robił z tego dramat. Mama albo babcia smarowała rankę gencjaną i po sprawie. Nikt nie stał nad dziećmi z zegarkiem w ręku. Zdarzało się, że matki zrzucały z okna kanapki owinięte w gazetę, a później wołały na obiad. W domu i tak trudno było wysiedzieć, zwłaszcza kiedy pod oknem zbierała się paczka i wołała: “Kasia, wyjdziesz?”
Większość zabaw nie potrzebowała żadnych gotowych zabawek ani specjalnych rekwizytów. A jeśli coś było potrzebne, robiło się to samemu — z tego, co akurat dało się znaleźć. Po wojnie miasta pełne były gruzowisk i śmietnisk, na których dzieci potrafiły spędzać długie godziny, wypatrując „znalezisk”. W zasadzie nie funkcjonowało wtedy pojęcie zabaw rozwojowych czy kreatywnych w dzisiejszym znaczeniu. Idea wspierania kreatywności albo „rozwoju osobistego” po prostu nie była powszechna. Dziecko miało się wybiegać, wykrzyczeć na podwórku, wrócić na kolację i iść spać. Bardziej „spokojne” gry, takie jak szachy czy warcaby, zostawiano na deszczowe dni, kiedy nie dało się wyjść na dwór.
Ta beztroska podwórkowa codzienność zaczęła znikać mniej więcej pod koniec lat 70-tych. Rodzice coraz częściej martwili się o bezpieczeństwo dzieci. Przybywało samochodów, ruch na ulicach robił się większy, a w telewizji pojawiało się więcej ostrzeżeń przed zagrożeniami. Był to również czas dotkliwych braków w sklepach. Wcześniej nikogo specjalnie nie dziwiło, że dziecko wracało do domu całe w błocie — działały tanie pralnie, a w mieszkaniach coraz częściej pojawiały się pralki. W latach 70-tych pranie i dbanie o higienę zaczęło jednak być udręką, zwłaszcza gdy proszek do prania był na kartki. Do tego dochodziła rosnąca popularność telewizji i programów dla najmłodszych, przez co dzieci coraz częściej wybierały spędzanie wolnego czasu przed ekranem.
Najciekawsze dziecięce zabawy w PRL:
- gra w „chłopka” i w klasy,
- toczenie fajerki,
- skakanka,
- gra w gumę,
- zabawa w chowanego, w głuchy telefon, w pomidora,
- gra w kapsle,
- gra w kierki, szachy, warcaby.
Podwórkowe zabawy dzieci w czasach PRL
Niedostatek i skromna liczba zabawek popychały dzieci do wymyślania gier zręcznościowych i zabaw na świeżym powietrzu. W realiach PRL nikt nie mówił o braku aktywności — ruch był codziennością. Bieganie, wyścigi, wspinaczka na drzewa, przeskakiwanie przez płoty i parkany oraz ewolucje na trzepaku sprawiały, że dzieciaki były naprawdę sprawne i zahartowane.
Podwórka należały do zabaw ruchowych, a jednym z ulubionych „sprzętów” był trzepak. Do dziś można go jeszcze spotkać na niektórych osiedlach, choć coraz częściej znika z miejskiego krajobrazu. Była to ciężka, żeliwna konstrukcja do trzepania dywanów — w czasach, gdy odkurzacze nie były standardem. Dla dzieci trzepak stawał się centrum podwórkowego życia: służył do podciągania, zwisów, salt i niezliczonych gier, które potrafiły wciągnąć na całe popołudnia.
W wieku szkoły podstawowej dzieci zwykle dobierały się w grupy według płci, więc dziewczynki i chłopcy częściej bawili się osobno. Co ciekawe, dziewczęce gry zręcznościowe opierały się bardziej na sprycie, koordynacji i pomysłowości niż na sile. Gdy chłopcy wspinali się na drzewa, ganiali w wyścigach i próbowali sił, dziewczynki wybierały „klasy”, „chłopka” albo skakanie w gumę.
Podwórkowe gry dziewczynek: klasy i guma
Jedną z najbardziej klasycznych gier zręcznościowych, szczególnie popularną wśród dziewczynek, były klasy. Zabawa zaczynała się od narysowania na asfalcie układu pól — czasem prostego, czasem bardziej wymyślnego — a potem od odtworzenia ustalonej sekwencji skoków. Dawniej podwórka zwykle miały asfaltową nawierzchnię, a do rysowania wystarczał kawałek cegły albo kamień. Dzieci skrupulatnie liczyły punkty, a błąd oznaczał stratę kolejki: wystarczyło nadepnąć na linię, zachwiać się i podeprzeć ręką, przewrócić się albo pomylić kolejność. Gra była podzielona na poziomy — każdy następny trudniejszy od poprzedniego. Najpierw skakało się obunóż, później z nogami złączonymi, a na końcu na jednej nodze. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych odmian była wersja zwana “chłopkiem”, gdzie pola układały się w kształt przypominający postać człowieka.
Skakanka to z kolei rekwizyt, bez którego wiele dziewczynek nie wyobrażało sobie podwórkowych zabaw. Skakanki z rączkami można było kupić w sklepie, ale wcześniej równie dobrze sprawdzał się zwykły kawałek kabla czy grubszy sznurek. Liczyły się różne układy podskoków — obunóż, na zmianę, albo na jednej nodze — często w coraz szybszym tempie. O przegranej decydował moment, gdy ktoś się potknął, upadł albo gdy skakanka zaczepiła się o buty i zatrzymała ruch.
Prawdziwym podwórkowym hitem, szczególnie wśród dziewczynek, była gra w gumę. Potrzeba było co najmniej trzech osób i gumy o długości mniej więcej 3 metrów, zawiązanej w pętlę. Dwie dziewczynki zakładały ją na nogi na wysokości kostek i napinały tak, by tworzyła długi prostokąt. Trzecia osoba wykonywała ustaloną serię skoków: na gumkach, między nimi, z przekładaniem, przeskakiwaniem, przydeptywaniem i innymi wariantami, które znała cała ekipa. Jeśli każdemu udało się przejść rundę bez “skucia”, poziom trudności rósł — guma wędrowała wyżej: na łydki, kolana i kolejne wysokości. W gumę potrafiono grać całymi godzinami, dopóki starczało sił i chęci na jeszcze jedną rundę.
Podwórkowe gry: fajerki i kapsle
Po wojnie w wielu mieszkaniach wciąż stały kuchnie na węgiel, a wraz z nimi obowiązkowe fajerki — żelazne okręgi wkładane w płytę. Kiedy rdzewiały i przestawały być potrzebne, dzieci szybko znajdowały dla nich nowe zastosowanie: stawały się idealnym „sprzętem” do zabawy na zręczność. Polegało to na toczeniu fajerki za pomocą starego pogrzebacza, patyka albo metalowego pręta — tak, by ani na moment się nie przewróciła. Ta prosta rozrywka była niemal tak stara jak same kaflowe kuchnie i zniknęła dopiero wtedy, gdy one odeszły w zapomnienie.
Chłopcy chętnie bawili się też w „kamienie”, czyli podrzucanie i łapanie pięciu drobnych kamyków w ustalonej kolejności. Równie popularne były kapsle — choć do gry siadały nie tylko chłopaki, ale i dziewczynki. Zabawa nawiązywała do ówczesnego fenomenu Wyścigu Pokoju. Każdy wybierał swojego „kolarza”, którego zastępował kapsel: do środka wkładało się kolorowy papierek albo ozdabiało go kredkami, żeby łatwo go rozpoznać. Trasę wyścigu rysowano kredą na chodniku, a jeszcze lepiej na niskim murku, gdzie było trudniej utrzymać tor jazdy. Kapsel przesuwało się do przodu pstryknięciem palca, a zadanie było jasne: przejść całą trasę tak, by nie wypaść poza linię. Wygrywał ten, kto pierwszy dotarł do mety. Największym popisem zręczności było takie uderzenie, by kapsel trafił w przeciwnika i wypchnął go poza wyznaczoną trasę.

Najlepsze gry i zabawy grupowe dzieci
Dzieci najbardziej ciągnęło do gier zespołowych, a szczególnie do zabaw z piłką. W przedszkolu i na lekcjach WF w podstawówce to właśnie wspólne gry były największą atrakcją — bo im większa ekipa, tym więcej emocji i tym lepsza zabawa.
Najbardziej wciągające gry i zabawy grupowe:
- zabawa w chowanego,
- głuchy telefon — dzieci ustawiają się w rządku, a pierwsza osoba szepcze drugiej do ucha krótkie zdanie. To wędruje dalej, od dziecka do dziecka, aż na końcu wychodzi zupełnie inna wersja, która zwykle kończy się wybuchem śmiechu,
- gra w kolory, znana też jako „piłka parzy” — polega na rzucaniu i łapaniu piłki przy jednoczesnym wypowiadaniu nazw kolorów. Gdy padnie słowo „czarny”, dziecko, do którego leci piłka, nie powinno jej złapać. Złapanie oznaczało skuchę: za pierwszą klękało się na jedno kolano, za kolejną na dwa, potem siadało na ziemi, a na końcu wypadało się z gry,
- “Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich 123” — dzieci stawały w kole, trzymały się za ręce i maszerowały, śpiewając piosenkę. Po zakończeniu zwrotki dziecko w środku pokazywało jakąś pozę, a reszta musiała ją natychmiast naśladować. Kto się zagapił, nie powtórzył ruchu albo się przewrócił, zostawał „ojcem”,
- komórki do wynajęcia — na ziemi rysowało się kółka (zawsze o jedno lub kilka mniej niż było dzieci). Uczestnicy krążyli dookoła, a gdy ktoś zawołał „komórki do wynajęcia”, każdy musiał jak najszybciej wskoczyć do wolnej „komórki”. Przegrywało dziecko, dla którego zabrakło miejsca.
Do dziś te i podobne gry grupowe potrafią na długo zająć dzieci w przedszkolach i na szkolnych przerwach.