Finansowe przekręty Wita Stwosza. Przed prawem schronił się w klasztorze

Genialny twórca ołtarza mariackiego, mistrz dłuta i autor dzieł, które przetrwały wieki. A jednak w pewnym momencie życia Wit Stwosz stanął przed sądem jako… fałszerz. Historia jego upadku to opowieść o ryzyku, hazardzie finansowym i intrygach, które niemal kosztowały go życie.
- Mistrz Wit Stwosz
- Hazard, pożyczki i ryzykowna gra
- Fałszerstwo w imię sprawiedliwości
- Klasztor, areszt i piętno
- Upadek i cesarska łaska
Mistrz Wit Stwosz
Wit Stwosz był jednym z najwybitniejszych rzeźbiarzy późnego średniowiecza w Europie Środkowej, twórcą, który potrafił nadać drewnu dramat, ruch i emocję niespotykaną wcześniej skalę. Urodzony około 1448 roku, działał głównie w Krakowie i Norymberdze, łącząc tradycję gotyku z niezwykłą ekspresją postaci. Jego najsłynniejszym dziełem pozostaje monumentalny ołtarz w kościele Mariackim w Krakowie — arcydzieło snycerki, w którym każda figura zdaje się żyć własnym życiem, a twarze apostołów i Marii są pełne prawdziwych emocji.
Stwosz prowadził dużą pracownię, wychował uczniów i przez lata cieszył się ogromną sławą. Przełożyła się ona na bogactwo – artysta zarobił naprawdę mały majątek na swoich rzeźbach. Jednak na wizerunku mistrza widnieje mała rysa - artysta o niemal legendarnym statusie uwikłał się w finansowy skandal, który na pewien czas przyćmił jego wielkość. A średniowieczny Kraków aż huczał od plotek.
Hazard, pożyczki i ryzykowna gra
Pod koniec XV wieku Stwosz osiadł w Norymberdze. Był człowiekiem majętnym, ojcem licznej rodziny, właścicielem okazałego domu. Sukces artystyczny przekuł w finansową niezależność — a może raczej w finansową brawurę. Zaczął pożyczać pieniądze na procent. Interes był ryzykowny, ale przynosił zyski. A ryzyko, jak się zdaje, miało w sobie coś pociągającego.
Wszystko zmieniło się, gdy w jego otoczeniu pojawił się kupiec Jakub Baner. To on namówił rzeźbiarza do udzielenia ogromnej pożyczki Hansowi Starzedlowi — człowiekowi, który w rzeczywistości stał nad finansową przepaścią. Kwota 1250 guldenów była sumą znaczną nawet jak na bogatego artystę. Problem polegał na tym, że Starzedl miał wielu wierzycieli, a jednym z nich był… sam Baner.
Mechanizm był prosty i bezwzględny: pieniądze Stwosza posłużyły do spłaty długu wobec kupca, po czym dłużnik ogłosił upadłość i zniknął z miasta. Artysta został z niczym — poza rosnącą świadomością, że padł ofiarą sprytnego przekrętu.
Fałszerstwo w imię sprawiedliwości
Stwosz postanowił walczyć. Wytoczył proces Banerowi, próbując dowieść, że to on stał za całą intrygą. Dowody były jednak mizerne. A w średniowiecznym sądzie bez twardych dokumentów trudno było o sprawiedliwość.
Wtedy artysta zdecydował się na desperacki krok. Sporządził fałszywy weksel i podrobił podpis kupca. Dokument wskazywał, że to Baner bezpośrednio pożyczył od niego pieniądze. Co więcej — podrobiony podpis był tak perfekcyjny, że sam poszkodowany miał trudności z odróżnieniem go od własnego.
To był moment, w którym mistrz dłuta stał się mistrzem fałszerstwa. Problem w tym, że w Norymberdze takie przestępstwo mogło skończyć się stosem. Ogień, którym próbował zwalczyć ogień, mógł strawić także jego.

Klasztor, areszt i piętno
Gdy sprawa wyszła na jaw, Stwosz schronił się w klasztorze karmelitów. Jednym z zakonników był jego syn, co zapewniało mu względne bezpieczeństwo. Mury klasztorne chroniły przed świecką władzą — przynajmniej do czasu.
Próbował jeszcze dojść do porozumienia z Banerem. Oferował odszkodowanie, publiczne przyznanie się do winy i zwrot sfałszowanego dokumentu. Kupiec pozornie przystał na propozycję, ale jednocześnie poinformował radę miejską. Gdy Stwosz opuścił klasztor, został natychmiast aresztowany.
Groziła mu kara śmierci. Wstawiennictwo możnych uratowało mu jednak życie. 4 grudnia 1503 roku wykonano wyrok: kat wypalił mu na czole i policzkach piętno. Podobno uczynił to wyjątkowo „łagodnie”, lecz znamię pozostało na zawsze — jako symbol hańby i przestroga.
Upadek i cesarska łaska
Po wyroku życie artysty legło w gruzach. Stracił pracownię, uczniów i zamówienia. Zobowiązano go do pozostania w Norymberdze do końca życia. Miał być żywym dowodem na to, że prawo jest silniejsze od talentu.
Nie zamierzał jednak poddać się bez walki. Uciekł z miasta, czym jeszcze bardziej rozwścieczył radę miejską. Ostatecznie jednak powrócił. A w 1506 roku nastąpił zwrot akcji: cesarz Maksymilian przywrócił mu prawa obywatelskie i udzielił łaski. Decyzja ta wywołała oburzenie norymberskich rajców, ale była nieodwołalna.
Stwosz powrócił do pracy. Przyjmował nowe zlecenia, w tym wykonanie ołtarza dla karmelitów — być może jako osobiste wotum, próbę symbolicznego odkupienia win. Z piekła sądowej sali trafił z powrotem do świata sztuki. I choć piętno pozostało, historia zapamiętała go przede wszystkim jako mistrza, nie oszusta.