Ile zarabiano w średniowiecznej Polsce? Jedni kupowali kamienice, innych nie było stać na ubrania

Czy zwykli rzemieślnicy mieli szansę zarobić tyle, by mieć swój dom albo wręcz kupić kamienicę? To zaskakujące, ale tak. Niestety tylko w niektórych zawodach. W średniowiecznej Polsce rzemieślnicy nierzadko zarabiali więcej niż profesorowie uczelni i lekarze. Wysokość pensji decydowała nie tylko o poziomie życia, ale też o miejscu w miejskiej hierarchii. Jedni liczyli grosze na masło i jaja, inni obracali grzywnami i inwestowali w nieruchomości – różnice potrafiły być zaskakujące.
- Czeladnicy i mistrzowie – droga do rzemieślniczego sukcesu
- Elitarne rzemiosła i koszt luksusu
- Urzędnicy miejscy i służba – stała pensja i dodatki w naturze
- Intratny zawód kata
- Uczelnia musi zapewnić materiał na togi
Czeladnicy i mistrzowie – droga do rzemieślniczego sukcesu
U progu kariery rzemieślniczej sytuacja finansowa nie była łatwa. Czeladnicy, którzy chcieli terminować u mistrza, musieli najpierw ponieść koszty wpisowego, a ich codzienne zarobki były skromne. Na przełomie XIV i XV wieku w Krakowie mogli liczyć na 1–3 grosze dziennie. Kwota ta wystarczała na zakup podstawowych produktów, takich jak garniec masła czy kopa jaj, ale trudno było mówić o dostatnim życiu. Początki w rzemiośle wymagały więc nie tylko umiejętności, lecz także cierpliwości i wytrwałości finansowej.
Z czasem jednak wykwalifikowani mistrzowie mogli liczyć na znacznie lepszą sytuację materialną. Świadczy o tym liczba rzemieślników działających w dużych ośrodkach miejskich, takich jak Wrocław. W XV wieku pracowało tam 92 kuśnierzy, 23 złotników, 93 krawców czy 96 szewców. Tak liczne warsztaty wskazują na duży popyt i stabilność finansową tych profesji. Mistrzowie, posiadający własne zakłady, należeli do ważnej i stosunkowo zamożnej warstwy mieszczaństwa.
Elitarne rzemiosła i koszt luksusu
W średniowieczu szczególnie ceniono unikatowe umiejętności, takie jak sztuka witrażownictwa. Mistrzowie witraży wykonywali wyroby równie rzadkie i kosztowne jak kamienie szlachetne. Produkcja wymagała współpracy szklarza i malarza oraz dużego nakładu pracy. O wysokich kosztach świadczą ceny materiałów – na początku XV wieku za białe szkło do witraży w zamku w Ragnecie Krzyżacy płacili półtorej grzywny za cetnar (ok. 50 kg), a za szkło kolorowe 1 grzywnę i 5 skojców. Były to kwoty znaczące nawet dla dobrze zarabiających mieszczan.
Dla porównania, krakowski aptekarz Andrzej mógł liczyć rocznie na 12 grzywien dochodu. Oznacza to, że sam zakup szkła do witraża mógł przekraczać jego miesięczne zarobki. Jednak najlepsi rzemieślnicy korzystali z licznych przywilejów – bywali zwolnieni z niektórych podatków. Literatura epoki, jak powieść „Wielki ogień” autorstwa Jeanne Bourin, przedstawia żonę witrażysty jako osobę żyjącą w dobrobycie. Wyspecjalizowane rzemiosło mogło więc zapewnić stabilne i wygodne życie.
Dobrze zarabiały także najbardziej utalentowane hafciarki. Nie mogły narzekać na brak zajęcia, często mieszkały w domach swoich pracodawczyń, miały zapewniony wikt i ubrania oraz cieszyły się dużym szacunkiem.

Urzędnicy miejscy i służba – stała pensja i dodatki w naturze
Osoby wykształcone mogły liczyć na zatrudnienie w administracji miejskiej. Pisarz miejski w średniowiecznym Krakowie zarabiał około 2,5 grzywny miesięcznie, co pozwalało mu kupowanie wołowiny czy wina. We Wrocławiu pierwszy pisarz otrzymywał 28 groszy tygodniowo (ponad pół grzywny), drugi – 18 groszy. Co istotne, oprócz pieniędzy przysługiwały im świadczenia w naturze: odzież, żywność, a prawdopodobnie także mieszkanie i opał. Stabilność zatrudnienia czyniła tę profesję atrakcyjną.
Dla porównania inne funkcje miejskie były wynagradzane skromniej. Mistrz budowli miejskich otrzymywał 9 groszy tygodniowo, wójt 8 groszy, a strażnik czy celnik zaledwie 3 grosze. W XIV-wiecznym Krakowie strażnicy miejscy dostawali 12 groszy tygodniowo. Jeszcze trudniejszą sytuację mieli mistrzowie szpitalni, zarabiający rocznie 4–6 grzywien. Otrzymywali jednak dodatki w naturze – masło, mięso czy żywe gęsi – a także gwarancję utrzymania na starość. System wynagradzania łączył więc pieniądze z zabezpieczeniem socjalnym.
Jednymi z najlepiej opłacanych pracowników byli aptekarze i farmaceuci. Wyrabiali lekarstwa i ziołowe mieszanki, a także słodycze i wino. Najbardziej popularny zarabiali krocie - dowodem może być to, że w XIV wieku niejaki Konrad, krakowski aptekarz, zarobił tyle, by kupić posiadłośc miejską.
Intratny zawód kata
Choć profesja kata – zwanego „małodobrym” – budziła lęk i odrazę, była całkiem dobrze opłacana. W Krakowie kat otrzymywał kilkanaście groszy tygodniowo, co pozwalało mu na zakup wina, piwa, a nawet krowy. Dodatkowo zwiększał dochody poprzez zajęcia poboczne: wykonywanie tortur, wyłapywanie bezpańskich zwierząt, prowadzenie lupanarów czy handel częściami ciał straceńców wykorzystywanymi przez medyków i alchemików. Mimo społecznego napiętnowania jego sytuacja materialna była stabilna.
Uczelnia musi zapewnić materiał na togi
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja profesorów. W Krakowie ich zarobki były niskie i nieregularne, mimo że król Kazimierz III Wielki przeznaczył ponad 300 grzywien na pensje dla wybitnych uczonych. Początkowo profesorowie otrzymywali 25 grzywien kwartalnie, a wybitny uczony Mateusz z Krakowa został przyciągnięty pensją 40 grzywien rocznie.
W praktyce jednak wielu wykładowców skarżyło się na brak wypłat – w 1408 roku nie otrzymali nawet 13 groszy tygodniowo, a w 1449 roku uczelnia musiała kupić im sukno na togi. Kariera naukowa, choć prestiżowa, rzadko zapewniała finansową stabilność.
Źródła:
- Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie (wiek XIII-XV), PIW 1966.
- https://wynagrodzenia.pl/artykul/wynagrodzenia-w-sredniowiecznym-krakowie
- https://ciekawostkihistoryczne.pl/2021/11/03/co-potrafil-i-ile-zarabial-kat/