Amerykańska święta została „dziwką”. Szokujący ślub, który zburzył mit Jackie Kennedy

17 października 1968 roku Ameryka zamarła. Oto Jackie Kennedy, wdowa po zamordowanym prezydencie Johnie F. Kennedym, amerykańska święta, ogłosiła, że poślubi Aristotelisa Onassisa. Już sam fakt, że odważyła się wyjść z wiecznej żałoby, był dla opinii publicznej szokujący, ale skoro już – czy musiała wychodzić za TEGO człowieka? Za magnata żeglugowego, miliardera, parweniusza, sypiającego z kobietami i młodymi mężczyznami, starszego od niej o 23 lata? Ameryka straciła swoją świętą, a Jackie w jednej chwili spadła z piedestału, stając się „dziwką”. W mediach zaczęto nazywać ją „Jackie O.” i długo trwało, nim straciło to pejoratywne zabarwienie.
Święta Jackie
To było słoneczne listopadowe popołudnie. Tłumy wyszły na ulice Dallas, by zobaczyć przejeżdżającą pierwszą parę – prezydenta Kennedy’ego, dla wielu będącego uosobieniem amerykańskich ideałów i nadziei na lepszą przyszłość, oraz Pierwszą Damę, Jackie – ikonę stylu, która odnowiła Biały Dom, zachwyciła Charlesa de Gaulle’a, a parę miesięcy przed wizytą w Dallas pochowała dziecko. Każdy chciał ją zobaczyć. Gdy nieśmiało uśmiechała się do wiwatujących Teksańczyków, usłyszała strzały. Kiedy zorientowała się, że strzelano do jej męża, próbowała wydostać się z pędzącego samochodu.
Kilka godzin później Jackie, w różowym kostiumie pokrytym krwawymi smugami, stała obok Lyndona Johnsona. A potem, wciąż w tym samym zakrwawionym stroju, trzymając za rękę Roberta Kennedy’ego, opuszczała pokład Air Force One.
W dniu pogrzebu, 25 listopada 1963 roku, Jackie, jej niespełna sześcioletnia córka Caroline i trzyletni syn John szli za trumną. Młoda wdowa, samotna matka, opłakująca swoją stratę z godnością, pokazująca Ameryce, że można i trzeba być silnym. Święta. Ale Amerykanie widzieli tylko zdjęcia. Nie mieli pojęcia, że Jackie Kennedy nie mogła spać, znieczulała się na różne sposoby, a żaden nie był skuteczny. Miała zespół stresu urazowego i tylko Robert Kennedy sprawiał, że codziennie znajdowała w sobie siłę, by w ogóle wstać z łóżka.
Robert zostawiał swoją Ethel i swoje dzieci, by być z Jackie, Caroline i Johnem. Od zawsze mogła na niego liczyć, a teraz stał się dla Jackie najbliższym człowiekiem na świecie. Podobno mieli romans, trwający z przerwami od 1964 roku. Gdy 5 czerwca 1968 roku dowiedziała się, że został postrzelony w hotelu Ambassador, od razu poleciała do Los Angeles. Odszedł następnego dnia. Najpierw Jack, potem Bob. Wszystko do Jackie wróciło – chwile w Dallas, koszmar pierwszych dni, tygodni, miesięcy po śmierci Jacka. Miała ataki psychozy, znów wpadła w depresję („Moja mama ciągle płacze” – mówiła Caroline swojej nauczycielce) i zaczęła się panicznie bać o bezpieczeństwo swoich dzieci. Wiedziała jedno: musi uciekać z Nowego Jorku, z Ameryki, w której „polowano na Kennedych”.
„Ten Grek”
Aristoteles Onassis był rozwodnikiem, pozostającym w wieloletnim związku z Marią Callas, ale wciąż poszukującym erotycznych wrażeń. I oficjalnie – był do wzięcia. Miała na niego ochotę między innymi Lee Radziwiłł, młodsza siostra Jackie.
Onassis poznał panią Kennedy, gdy pod koniec lat 50. zaprosił obiecującego senatora wraz z żoną na drinka. Gdy w sierpniu 1963 roku Jackie opłakiwała śmierć syna, Ari zaproponował, by odpoczęła na jego jachcie.
Po zamachu w Dallas, Aristotelis zainteresował się Jackie bardziej. Albo inaczej. Zaczął ją otwarcie adorować. Był hojny, a jeśli uznawał, że warto – potrafił być także czarujący. Troszczył się (lub dobrze troskę udawał) o Caroline i Johna.
Jackie zaczęła się zastanawiać, czy nie przystać na złożoną przez Onassisa propozycję małżeństwa. Bob ją od tego odwodził – przede wszystkim z powodu głębokiego osobistego antagonizmu, nieufności wobec charakteru Onassisa oraz obaw o zniszczenie spuścizny Kennedych. Postrzegał greckiego miliardera jako postać podejrzaną, „parszywą” – daleką od wizerunku „Camelotu”. Wstrzymywała się więc. Po śmierci Boba już nie musiała się wstrzymywać i nie chciała. Dostała nawet błogosławieństwo swojej teściowej, Rose Kennedy.
Onassis miał własną wyspę, jego jacht Christina O. był wielkości okrętu wojennego. Czy przy kimkolwiek Jackie mogła czuć się bezpieczniej? Owszem, Aristotelis oferował także dobrobyt – nie tylko luksusowe życie, ale i zabezpieczenie finansowe dla Caroline i Johna. Wbrew pozorom wdowa po Kennedym nie była szczególnie majętna.

Chłód pod greckim słońcem
17 października 1968 roku Onassis i Jackie poinformowali, że za trzy dni się pobiorą. Na pierwszej stronie „New York Timesa” pisano: „Reakcją jest gniew, szok i niedowierzanie”. Niemiecki „Bild” komentował: „Cały świat jest oburzony”. W Szwecji: „Jackie! Jak mogłaś?”. Nawet Watykan wyraził oburzenie. Jackie Kennedy z najbardziej podziwianej kobiety w Stanach Zjednoczonych stała się „kobietą, która poślubiła czek in blanco”. Uwielbiano „panią Kennedy”, a „Jackie O.” stała się symbolem wyrachowania i zdrady.
Ona była poliglotką i erudytką, prawdziwą damą, która do klanu Kennedych i do Waszyngtonu wniosła klasę, dobry smak i europejski sznyt. A „ten Grek”? Podejrzana persona, nowobogacki arogant, nieokrzesany typ. Cóż Jackie mogła w nim widzieć oprócz pieniędzy? Wydawało się oczywiste, że był jej „sugar daddy” – sponsorem paryskich wypadów na zakupy.
Jackie otrzymała od Onassisa 3 miliony dolarów jeszcze przed ślubem, po milionie dla Caroline i Johna. W intercyzie znalazło się zapewnienie o 625 tysiącach dolarów rocznie na podróże i „komfort życia” oraz gwarancja kolejnych milionów w razie rozstania, śmierci Aristotelisa czy innych okoliczności. Ustalono, ile razy w roku będzie dochodziło do zbliżeń (przez resztę nocy Jackie miała mieć do dyspozycji osobną sypialnię). Nie planowali dzieci.
Ślub wzięli 20 października. Jackie wystąpiła w krótkiej sukience od Valentino – wyglądała uroczo i dziewczęco. Całkiem zmieniła styl, rezygnując z waszyngtońskiego protokołu i tweedowych kostiumów. Spodnie capri, obcisłe topy, kolorowe sukienki, wielkie okulary – oto nowa Jackie. I przy okazji seksualnie wyzwolona. Onassis nie tylko rozpieszczał żonę prezentami, ale też rozbudził seksualność kobiety, która była dotąd postrzegana jako chłodna, uwięziona w konwenansach. I nagle – opalała się topless. Kilka lat później jej nagie zdjęcia trafiły do „Hustlera”, co już całkowicie uwolniło ją od wizerunku „pani Kennedy”.
Jackie miała świadomość, że z czasem może się Onassisowi… znudzić. Tak też się stało. Znów romansował z Marią Callas, o czym córka Ariego chętnie Jackie informowała. Mniej więcej dwa lata po ślubie Onassis zaczął żonę obrażać przy znajomych. Jackie coraz częściej opuszczała Grecję i ukrywała się przed mężem w Nowym Jorku. Zaczęła chodzić na terapię. Wprawdzie – jak sama mówiła – Onassis „wyciągnął ją z mroku”, ale to po paru latach małżeństwa z nim miała ataki paniki i zaczęła wyglądać jak cień samej siebie. Ari obiecywał, że zawsze będzie ją wspierać i chronić. Nie dotrzymał słowa. Upokarzał ją jeszcze bardziej niż Jack.
Jackie i Ari zbliżyli się w styczniu 1973 roku, gdy syn Onassisa zginął w katastrofie lotniczej, ale już kilka miesięcy później Ari – zaglądający do coraz głębszego kieliszka, zrozpaczony i wściekły – uznał, że stracił Alexandra przez Jackie, że to ona „przyniosła do jego rodziny śmierć”. Uderzył ją. Po tym już wiedziała, że pora pójść własną drogą. Miała wsparcie swojej teściowej. Rose nigdy nie dała Jackie odczuć, że wychodząc za Onassisa, przestała być jedną z Kennedych. Nigdy nie przestała swojej synowej podziwiać, może i kochać. Z czasem i Ameryka miała spojrzeć na Jackie inaczej, z większym zrozumieniem. Gdzieś na przełomie lat 70. i 80. „Jackie O.” znów było synonimem elegancji, klasy, ale i czegoś jeszcze – nowoczesnej kobiecości.
Jackie i Aristotelis nie zdążyli sfinalizować rozwodu – Onassis zmarł 15 marca 1975 roku, a ona odziedziczyła 26 milionów dolarów. Mogła rozpocząć nowe życie. Mogła zdefiniować samą siebie, uwolnić od mitu „Camelotu” i społecznych oczekiwań. Ale jej dalsza droga to już inna historia.
