Warszawskie burdele działały nawet w święta. „Ludzie szli na jutrznię, a tam jeszcze pito”

Gdy myślimy o dawnej Rzeczypospolitej, przed oczyma staje nam zazwyczaj kontusz, karabela u boku magnata i sarmacka fantazja. Rzadziej wyobrażamy sobie kobiety, które stanowiły mroczny, choć nieodłączny element ówczesnego krajobrazu – nierządnice. W XVII i XVIII wieku prostytucja była zjawiskiem powszechnie tolerowanym, a nawet uznawanym za konieczne zło.
- Grzech konieczny
- Kortyzanki, małpy i dobrodziejki
- Senator od kurtyzan
- Od modelki do królewskiej metresy, czyli droga na szczyt
- Stręczycielki i dramaty dziewcząt ze wsi
- Zamtuzy, pijatyki i okradanie gości
- Chłosta, pręgierz i ucięte uszy
- Wyjątki potwierdzające regułę
Grzech konieczny
Wbrew obiegowym opiniom o bogobojnej Rzeczypospolitej doby kontrreformacji, władze zarówno świeckie, jak i kościelne traktowały prostytucję z zadziwiającym pragmatyzmem. Uznawano ją za „klapę bezpieczeństwa” – instytucję, która pozwalała wyładować się krewkim erotycznie mężczyznom, zmniejszając tym samym liczbę gwałtów i napadów. Ksiądz Kitowicz, nieoceniony kronikarz epoki saskiej, pisał wprost: bez tego procederu „żadne wielkie miasto obejść się nie może”.
Taka postawa miała swoje głębokie korzenie. W średniowieczu nierząd był na ogół uznawanym, normalnym zawodem, a nierządnice najmowano nawet do uatrakcyjniania uroczystości publicznych. Choć XVI wiek przyniósł falę represji – głównie z powodu rozprzestrzeniania się kiły oraz zaostrzenia kursu moralnego Kościoła – całkowite wyrugowanie tego procederu okazało się niemożliwe.
Kortyzanki, małpy i dobrodziejki
Język, jakim dawniej opisywano kobiety trudniące się nierządem, był niezwykle bogaty i odzwierciedlał ambiwalentny stosunek społeczeństwa. W XVII wieku najczęściej używano określeń: kortyzanka, małpa, neta, dobrodziejka, przechodka czy skortyzanka.
Z czasem pojawiło się też bardziej eleganckie „metresa”. W mowie potocznej królowały jednak słowa znacznie dosadniejsze: kurwa lub murwa. W oficjalnych pismach używano eufemizmów – „nierządne białogłowy” czy „nierządne niewiasty”.
Senator od kurtyzan
Jedną z barwniejszych kart w dziejach polskiego nierządu zapisał kasztelan Jacek Jezierski – senator, spekulant i właściciel wielu zakładów przemysłowych. Pod koniec XVIII wieku wystawił on nad Wisłą, tuż obok mostu łączącego Warszawę z Pragą, publiczne łazienki. Były to obiekty jak na owe czasy nowoczesne: z kabinami kąpielowymi, kanapami do wypoczynku, a także kawiarnią i winiarnią. Wspólne kabiny – zwane wówczas gabinetami – szybko stały się modnym miejscem schadzek.
Obok znajdował się dom zamieszkały przez nierządnice ("kasztelanki"), które na życzenie gości przywoływano do gabinetów. W stolicy krążył dwuwiersz: „Kiedy Wenus była w modzie, / Stawiał jej domki przy wodzie”.

Od modelki do królewskiej metresy, czyli droga na szczyt
Historia warszawskiej nierządnicy Kiełczewskiej, znanej lepiej jako Malczewska, dowodzi, że w tym środowisku wszystko było możliwe. Zaczynała jako zwykła ulicznica, aby z czasem zostać utrzymanką, a następnie modelką w pracowni nadwornego słynnego malarza Bacciarellego.
Jej uroki dostrzegł w końcu sam król Stanisław August. Dzięki jego protekcji Kiełczewska mogła porzucić malarnię i wyjść za mąż za podoficera policji, który szybko awansował. Małżeństwo nie trwało jednak długo – kobieta porzuciła męża i prowadziła elegancki dom schadzek, jeżdżąc angielską karetą na resorach. Ostatecznie została metresą przedstawiciela możnego rodu Malczewskich.
Stręczycielki i dramaty dziewcząt ze wsi
Do prostytucji najczęściej prowadziła skrajna nędza. Szczególnie dramatycznie wyglądało to na wsi, gdzie po wojnach połowy XVII wieku tysiące ludzi zostało bez dachu nad głową. Dziewczęta wypędzone ze wsi za „cudzołóstwo” lub po prostu zwabione obietnicami służby w mieście trafiały w ręce stręczycielek.
Przykład Doroty Krzysztofowej Góreckiej z Kalisza pokazuje mechanizmy werbunku. Kobieta ta, udając osobę uczciwą, namawiała do siebie młode dziewczyny, obiecując im dobrą służbę. Następnie wywoziła je pod pozorem wizyt do znajomych i pozostawiała w zamkniętym pokoju z przypadkowym mężczyzną. W swoich zeznaniach jedna z ofiar opisywała, jak została zamknięta na trzy dni z nieznajomym. Za swoje usługi stręczycielka brała zapłatę w naturze – świeżą kapustę, proso, młodą jałowicę.
Zamtuzy, pijatyki i okradanie gości
Domy publiczne – zwane zamtuzami lub bordelami – nie należały do miejsc wykwintnych. Lokowano je zazwyczaj na przedmieściach, w podrzędnych kamienicach lub podmiejskich dworkach. Klientelę stanowili głównie niezamożni mężczyźni: żołnierze, marynarze, służba czy czeladź rzemieślnicza. W Warszawie słynęły z takich przybytków ulice Trębacka, Żabia czy Świętojarska. W Gdańsku – ulice Zbytki i Różana.
Zwyczaje panujące w tych miejscach odbiegały daleko od romantycznych wyobrażeń. Księgi miejskie pełne są skarg na „wielkie niewczasy, hałasy i niebezpieczeństwa”. Pito, tańczono i hulano przez całą noc, nawet w największe święta, gdy „ludzie szli na jutrznia, a tam jeszcze pito”. Klienci, zwłaszcza ci mniej świadomi, padali ofiarą kradzieży. Pijanych rozbierano do ostatniej koszuli, zabierano pieniądze, szable, zegarki. Bywały też przypadki morderstw, choć te zdarzały się rzadziej niż okradanie gości.
Chłosta, pręgierz i ucięte uszy
Życie nierządnicy było nie tylko upokarzające, ale i fizycznie niebezpieczne. Za lada przewinienie poddawano je publicznej chłoście, stawiano półobnażone pod pręgierzem lub zamykano w żelaznych klatkach. W XVII wieku zdarzały się jeszcze okrutniejsze kary: obcinanie uszu, nosa czy warg.
Szczególnie dramatyczny był los wędrownych nierządnic, które przemieszczały się z jarmarku na jarmark. Zeznania Zofii z Łękna z 1580 roku malują obraz życia pełnego krańcowej nędzy, chorób i ciągłych konfliktów z prawem. Kobieta przyznawała się do licznych kradzieży (adamaszku, płótna, srebrnego paska), do „obcowania cielesnego” z różnymi mężczyznami, a także do towarzystwa złodziejom. Władze na wsiach szczególnie zaciekle zwalczały ten proceder, obawiając się epidemii wenerycznych, które mogły zdziesiątkować siłę roboczą.
Wyjątki potwierdzające regułę
Choć los przeciętnej nierządnicy rysował się ponuro, historia notuje przypadki, które przeczą jednoznacznie czarnemu obrazowi. Zdarzały się mariaże byłych prostytutek z przedstawicielami szlachty, a nawet wyższej arystokracji. Najsłynniejszym przykładem jest Zofia Greczynka, zwykła stambulska ulicznica, która podając się za damę grecką, wyszła za mąż za polskiego oficera, a po rozwodzie została żoną najpotężniejszego magnata – Szczęsnego Potockiego.
Niektóre nierządnice potrafiły też po prostu „wyjść na ludzi”. W aktach miejskich znajdujemy wzmianki o tym, że po latach porzucały proceder, wychodziły za mąż i powracały do normalnego środowiska. Inne, jak wspomniana Malczewska, robiły karierę w półświatku. Były jednak wyjątkami. Większość przedwcześnie starzała się, niszczona chorobami wenerycznymi (których wówczas nie umiano skutecznie leczyć), wyniszczona alkoholem i fizyczną pracą. A gdy zabrakło urody – czekał je los wędrownych żebraczek lub śmierć w przytułku dla nieuleczalnie chorych, jak warszawski szpital św. Łazarza.
Źródła:
- Baranowski B., O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach. Szkice z obyczajów XVII i XVIII wieku, Poznań 2020.
- Berdecka A., Turnau I., Życie codzienne w Warszawie okresu oświecenia, Warszawa 1969.
- Kuchowicz Z., Obyczaje staropolskie XVII-XVIII wieku, Łódź 1975.