Awantura i pięści w ruch w Sejmie. Tak wyglądała największa afera finansowa II RP

Majątek pod Białymstokiem, chytrzy spekulanci, gigantyczna afera i bijatyka na sali sejmowej – to wszystko wydarzyło się naprawdę u progu niepodległej Polski. A słowo "dojlidziarz" na długo stało się synonimem cwaniaka i kombinatora.
- Majątek, na który każdy miał chrapkę
- Rozporządzenie, które nie istniało
- Towarzystwo wzajemnej adoracji
- Pośpiech uzasadniony?
- Cena nie do przeskoczenia
- Książęca interwencja
- "Z kanalią się nie rozmawia"
- Finał bez happy endu
Majątek, na który każdy miał chrapkę
Podbiałostockie Dojlidy miały wszystko, czego mógł pragnąć przedwojenny inwestor. Lasy z prawem do wyrębu, stawy rybne i – co w tamtych czasach stanowiło prawdziwą żyłę złota – nowoczesny browar, który Niemcy w czasie I wojny światowej nie tylko oszczędzili, ale odbudowali. Od 1886 roku całość należała do niemieckiej hrabiny Zofii Rüdiger, która po wojnie pozostała w Niemczech, a majątkiem zarządzał baron von Brandenstein.
Polska dopiero co odzyskała niepodległość, a przepisy dotyczące własności Niemców pozostających poza granicami kraju były proste: nie przyjmujesz polskiego obywatelstwa – tracisz majątek na rzecz państwa. Hrabina obywatelstwa nie przyjęła. Teoretycznie sprawa była więc jasna. W sierpniu 1919 roku Komisariat Rządu w Białymstoku wystąpił z wnioskiem o wprowadzenie w Dojlidach przymusowego zarządu państwowego. Minister rolnictwa Franciszek Bardel podpisał stosowne rozporządzenie w grudniu tego samego roku.
Rozporządzenie, które nie istniało
I tutaj pojawia się pierwszy z wielu znaków zapytania. Rozporządzenie ministra Bardla nigdy nie zostało opublikowane w Dzienniku Urzędowym. Z prawnego punktu widzenia po prostu nie istniało. Podległe ministerstwu urzędy odmawiały więc działania, bo nie miały do tego podstaw. A tymczasem hrabina Rüdiger – zupełnie nieświadoma, że jej majątek formalnie powinien już należeć do państwa – spokojnie dysponowała swoją własnością.
Ostatecznie resort zwrócił się do MSZ o powiadomienie niemieckiego zarządcy o ustanowieniu przymusowego zarządu. Z niewyjaśnionych przyczyn nikt tego nie zrobił. Hrabina Rüdiger wciąż była więc pełnoprawną właścicielką Dojlid i właśnie postanowiła je sprzedać.

Towarzystwo wzajemnej adoracji
W październiku 1920 roku część lasów wykupił warszawski kupiec Naum Cuker, który dodatkowo uzyskał prawo pierwokupu pozostałych. Hrabina jednak chciała pozbyć się całości. I znalazła nabywców – Polsko-Amerykański Bank Ludowy z Krakowa oraz Towarzystwo Przemysłowo-Leśne "Dojlidy", które było z tym bankiem kapitałowo i personalnie powiązane. W sierpniu 1921 roku przedstawiciele banku pojawili się w Głównym Urzędzie Ziemskim u Władysława Kiernika, polityka PSL-Piast i bliskiego współpracownika premiera Witosa.
Ich prośba była nietypowa – chcieli, żeby transakcję zatwierdziła centrala w Warszawie, a nie właściwy dla Dojlid Okręgowy Urząd Ziemski w Białymstoku. Termin ważności kontraktu ze sprzedającą miał bowiem rzekomo upływać za kilka dni. Kiernik początkowo odmówił i odesłał interesantów do Białegostoku. Ale bank nie dawał za wygraną. Kilka dni później wpłynęło nowe podanie, a wiceprezes GUZ Józef Makulski – być może bez wiedzy swojego szefa – dołączył do niego odręczną notatkę zalecającą białostockiemu urzędowi "bezzwłoczne rozpatrzenie i wydanie decyzji".
Pośpiech uzasadniony?
17 sierpnia 1921 roku transakcja została zatwierdzona. Był tylko jeden problem: termin, na który powoływali się kupujący, minął trzy dni wcześniej. A hrabina Rüdiger, jak na doświadczoną negocjatorkę przystało, umowę podpisała dopiero 31 sierpnia. Za cały majątek otrzymała 75 milionów marek polskich – choć późniejsze ustalenia wskazywały, że faktyczna kwota mogła być nawet dwukrotnie wyższa.
Polsko-Amerykański Bank Ludowy zobowiązał się wobec Urzędu Ziemskiego, że zgodnie z duchem reformy rolnej rozparceluje ziemię i sprzeda ją okolicznym rolnikom. I rzeczywiście przystąpił do sprzedaży. Problem polegał na tym, że kupił ziemię po około 6 tysięcy marek za mórg, a chciał od chłopów 120 tysięcy. Prawo wyraźnie zabraniało spekulacyjnego zysku przy tego typu transakcjach, dopuszczając jedynie "umiarkowaną korzyść" z zainwestowanego kapitału.
Cena nie do przeskoczenia
Marża banku przekraczała wszelkie granice. Nawet gdy pod wpływem krytyki obniżono cenę o połowę, wciąż była ośmiokrotnie wyższa od rynkowej. Zainteresowanie wśród okolicznych gospodarzy było więc zerowe. Tymczasem prasa zaczęła coraz uważniej przyglądać się krakowskiemu bankowi i jego udziałowcom. A ci stanowili "interesujące" towarzystwo. Wśród akcjonariuszy znajdowali się bowiem działacze PSL-Piast, w tym sam Władysław Kiernik.
Bank był też powiązany z Warszawskim Bankiem Dyskontowym, a całością interesu kręcili warszawscy kupcy drzewni Gold i Goldberger. Gdy zrobiło się gorąco, bank postanowił szybko wycofać się z kłopotliwej inwestycji. I znowu zadziałał błyskawicznie. 14 stycznia 1922 roku do Okręgowego Urzędu Ziemskiego w Białymstoku wpłynął wniosek o zatwierdzenie sprzedaży Dojlid księciu Jerzemu Rafałowi Lubomirskiemu.
Książęca interwencja
Kierownik urzędu, który trzy dni wcześniej otrzymał z Warszawy zalecenie, by "kierować się literą prawa", zinterpretował je najwyraźniej bardzo swobodnie. Bez konsultacji z przełożonymi, bez zadawania zbędnych pytań – w ciągu trzech dni transakcja została zatwierdzona, opiewając na 160 milionów marek polskich. Bank zarobił więc na czysto 85 milionów, nie licząc wcześniejszych, nie do końca jasnych przepływów finansowych między zaangażowanymi podmiotami.
Teraz jednak odezwał się Naum Cuker, który w całym tym zamieszaniu został pominięty ze swoim prawem pierwokupu lasów. Sąd przychylił się do jego pozwu i wstrzymał dalszą sprzedaż oraz wyrąb drzew do czasu wyjaśnienia sprawy. A prasa dostała paliwa, które wystarczyło na wiele tygodni sensacyjnych nagłówków. Zaczęto domagać się rozliczenia winnych, a sprawa trafiła pod obrady Sejmu.
"Z kanalią się nie rozmawia"
4 kwietnia 1922 roku Sejm Ustawodawczy poświęcił całe posiedzenie aferze dojlidzkiej. W dyskusji uczestniczył Władysław Kiernik, choć formalnie nie był posłem – przyszedł, aby się tłumaczyć. I od początku było gorąco. Z ław poselskich padały okrzyki: "złodzieje!", "Panama!", "stul pysk, hultaju!". Jeden z posłów nazwał bohaterów afery "polsko-amerykańskim towarzystwem bokserów".
Gdy poseł Józef Putek z PSL-Wyzwolenie w trakcie ostrej wymiany zdań rzucił w stronę swojego adwersarza Jana Bryla z PSL-Piast: "Z kanalią się nie rozmawia", ten nie wytrzymał. Podbiegł i dwukrotnie uderzył go pięścią w tył głowy. Na to zareagował kolejny poseł, Tadeusz Seib, który splunął w stronę Bryla. Sala sejmowa zamieniła się w ring. Marszałek wykluczył Bryla z obrad, ale atmosfery to nie uratowało.
Finał bez happy endu
Wniosku o przyjęcie wyjaśnień Kiernika Sejm nie przyjął. Prezes Głównego Urzędu Ziemskiego podał się do dymisji. I na tym sprawa się zakończyła. Nikt nie trafił przed sąd powszechny. Nikogo nie rozliczono z nieprawidłowości, spekulacji ziemią, działania na szkodę interesu publicznego. Sprawa została politycznie zamieciona pod dywan – w dużej mierze dlatego, że państwo było wtedy zbyt słabe, by postawić przed obliczem sprawiedliwości wpływowych ludzi z politycznymi koneksjami.
Sam książę Lubomirski okazał się gospodarzem przyzwoitym. Pod jego zarządem Dojlidy rozkwitły, browar stał się jednym z największych w Polsce, a stawy dostarczały rocznie 50 ton ryb. Dopiero II wojna światowa i komuniści zrobili z majątkiem to, czego nie zdołali zrobić spekulanci – rozparcelowali go i upaństwowili.
Źródła:
- Miodowski A., Przewłaszczenia dóbr dojlidzkich na tle kampanii politycznej przełomu 1921/1922 roku, Białystok 2003.
- Zieliński H., Historia Polski 1914-1939, Wrocław 1983.
- https://polskieradio24.pl/artykul/3603847,bijatyka-w-sejmie-ii-rp-powodem-afera-ze-sprzedaza-ziemi