PRL dla wybranych. Gdy zwykli ludzie jedli mortadelę, władza żyła jak arystokracja

Obsmażana mortadela i smutne ziemniaki w barze mlecznym, brązowa woda z kranu i samochód jako najwyższy szczyt marzeń – taki obraz PRL-u utrwalił się w naszej pamięci. Dla większości obywateli codzienność była pełna niedoboru, prowizorki, kombinowania i niekończących się kolejek. A jednak nawet w tej rzeczywistości istniał luksus. Dostępny tylko dla nielicznych, ale oni naprawdę chętnie z niego korzystali. I to nie wielką skalę.
„Równi i równiejsi”
Władza ludowa oficjalnie głosiła równość i potępiała „burżuazyjne” przywileje elit II RP. W praktyce stworzyła jednak własną kastę uprzywilejowanych, korzystających z dóbr niedostępnych zwykłym ludziom. Luksus w PRL-u nie zniknął — zmienił jedynie adresatów.
Hasła o sprawiedliwości społecznej szybko zderzyły się z rzeczywistością. Partyjni dygnitarze mieli dostęp do specjalnych sklepów, rządowych willi, zagranicznych trunków i luksusowych hoteli. Dla robotnika whisky była symbolem Zachodu, dla prominentów – elementem codzienności.
Miliony obywateli pracowały w imię budowy socjalistycznej ojczyzny, podczas gdy wąska elita korzystała z przywilejów bez większych skrupułów. Równość, tak chętnie przywoływana w propagandzie, pozostawała fikcją, a różnice klasowe — choć oficjalnie nieistniejące — były aż nadto widoczne.
Towarzysz Cyrankiewicz – król życia
Symbolem luksusu i dekadencji komunistycznej wierchuszki stał się Józef Cyrankiewicz, wieloletni premier PRL. Miłośnik szybkich samochodów, eleganckich kawiarni i pięknych kobiet, prowadził życie dalekie od ideałów ascetycznego socjalisty. Jego styl bycia budził zazdrość, ale i fascynację.
Paradoksalnie Cyrankiewicz funkcjonował w cieniu Władysława Gomułki, znanego z prostoty i niechęci do zbytku. Premier nauczył się więc maskować swoje upodobania — chować kawior i koniak, gdy pojawiał się pierwszy sekretarz, i zastępować je kaszanką oraz kawą zbożową. Luksus w PRL-u musiał być dyskretny.

Schweppes zamiast wody
Ekscentryczność Cyrankiewicza objawiała się także w drobiazgach. Podczas sejmowych przemówień popijał tonik Schweppes — napój wówczas niemal nieosiągalny dla zwykłego obywatela. Bywał w Hotelu Europejskim, gdzie spotykała się artystyczna elita, a jego styl życia coraz bardziej przypominał dzisiejszą kulturę celebrycką.
Mimo to długo uchodził za „ludzkiego komunistę” — inteligentnego, błyskotliwego, odstającego od topornych partyjnych aparatczyków. Jego luksus drażnił, ale był bardziej wyrafinowany niż ostentacyjny.
Luksus na miarę Peerelu
Nie wszyscy partyjni notable opływali w przepych — Władysław Gomułka na przyklad był znany ze swojej powściągliwości i bardzo oszczędnego (żeby nie powiedzieć: „skąpego”) stylu życia. Pozostawał wyjątkiem, gardząc zbytkiem i dzieląc papierosy na pół. Jednak większość nie potrafiła oprzeć się pokusom, jakie niosło stanowisko.
Z dzisiejszej perspektywy koniak, egzotyczne owoce czy zagraniczny samochód mogą wydawać się drobiazgami. W realiach PRL-u były symbolem nierówności i źródłem społecznej frustracji. Luksus istniał — był tylko przywilejem władzy, nie obywateli.