Na terenie Polski wydobywano aż 5% światowej produkcji ropy. Dziś mało kto o tym pamięta

Gdy pod koniec XIX wieku na terenie Galicji rozpoczęła się naftowa gorączka, niewielkie miasteczka i wioski w okolicy Drohobycza przeżywały transformację, jakiej nie powstydziłby się Dziki Zachód. Fortuny rodziły się tu dosłownie w błocie, a obok milionerów w jedwabnych koszulach pracowali w tym samym polu robotnicy wynagradzani głodem i wyzyskiem.
- Trójkąt czarnego złota
- Z ziemi kanadyjskiej do polskiej
- Światowa potęga z błotnistych pól
- Piekło naftowego Eldorado
- Ludzie, którzy zbudowali potęgę
- Rekiny paliwowego kapitalizmu
- Zapomniana spuścizna
Trójkąt czarnego złota
Osiemdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Lwowa, pomiędzy Borysławiem, Drohobyczem a Truskawcem, rozciągał się obszar, który na przełomie XIX i XX wieku nazywano trójkątem czarnego złota. To tutaj skupiło się największe wydobycie ropy naftowej w całej monarchii habsburskiej, a przez pewien czas także w Europie.
Teren ten jeszcze w połowie stulecia pozostawał ubogim, zapadłym zakątkiem Galicji. Zmieniło się to diametralnie, gdy w 1854 roku Robert Doms odkrył tu bogate złoża ozokerytu – wosku ziemnego, który wykorzystywano m.in. do izolacji pierwszego transatlantyckiego kabla telegraficznego łączącego Europę z Ameryką. Prawdziwy przełom nastąpił jednak wraz z rozwojem wydobycia ropy naftowej, które zepchnęło ozokeryt na drugi plan.
W ciągu zaledwie kilku dekad na błotnistych polach otaczających jedyną utwardzoną drogę wyrosły setki szybów naftowych. Wieś Borysław, licząca w 1860 roku nieco ponad tysiąc mieszkańców, pod koniec stulecia stała się już tętniącym życiem ośrodkiem przemysłowym. Podobnie Drohobycz, gdzie działała największa i najnowocześniejsza rafineria w Europie, z której codziennie wyjeżdżało sto pociągów wypełnionych cysternami z ropą.
Z ziemi kanadyjskiej do polskiej
Kluczowym momentem dla rozwoju galicyjskiego przemysłu naftowego okazało się uruchomienie połączeń kolejowych. Gdy tylko cysterny potoczyły się po torach, naftowa gorączka mogła nabrać prawdziwie przemysłowego tempa. Transport surowca na szersze rynki zbytu przestał być barierą nie do pokonania.
31 grudnia 1872 roku oddano do eksploatacji Kolej Dniestrzańską, która połączyła Borysław z Lwowem. Wraz z koleją przyszła nowoczesność. W 1883 roku kanadyjski przedsiębiorca William Henry McGarvey sprowadził do Galicji technologie umożliwiające wiercenie otworów na głębokość tysiąca metrów i więcej. To on, wraz ze swoim wspólnikiem Johnem Simeonem Bergheimem, uruchomił w Gliniku Mariampolskim pod Gorlicami rafinerię, która przez pewien czas pozostawała największą w Europie. Technologiczny skok, jaki dokonał się wówczas w galicyjskim przemyśle naftowym, postawił ten region w jednym rzędzie z największymi producentami świata.

Światowa potęga z błotnistych pól
Szczytowym okresem dla galicyjskiego górnictwa naftowego okazały się pierwsze lata XX wieku. W 1908 roku miejscowe pola naftowe zajmowały trzecie miejsce na świecie pod względem wielkości wydobycia. Rok później produkcja przekroczyła dwa miliony ton, co stanowiło ponad 5 procent światowego wydobycia ropy naftowej.
Sukces ten nie był dziełem przypadku. Do regionu napłynął kapitał zagraniczny – głównie z Francji, Niemiec, a później także z Anglii i Stanów Zjednoczonych. Państwowa rafineria w Drohobyczu pracowała na pełnych obrotach, a wokół niej rozwinął się cały system przedsiębiorstw powiązanych z przemysłem wydobywczym i przetwórczym. Zatrudnienie w branży naftowej na ziemiach polskich sięgnęło około 14 tysięcy osób.
Ówczesny Drohobycz stał się jednym z najbardziej kosmopolitycznych miast w tej części Europy. Obok siebie działali tu polscy, żydowscy, niemieccy, francuscy i amerykańscy przedsiębiorcy. Inżynierowie i specjaliści z najodleglejszych zakątków świata ściągali do Galicji, by uczestniczyć w tym niezwykłym eksperymencie gospodarczym. Dla wielu z nich był to początek wielkich karier i jeszcze większych fortun.
Piekło naftowego Eldorado
Opowieść o galicyjskiej gorączce naftowej ma jednak swoją bardzo mroczną stronę. Ci, którzy mieli odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, nie mogli pozostać obojętni na to, co działo się na błotnistych polach Borysławia.
Warunki pracy były bowiem dramatyczne. Średnio co tydzień borysławskie pola naftowe pochłaniały kilka trupów i dostarczały kilkanaście kalek. Miejscowe władze stały na usługach przedsiębiorców, a robotnicy nie mieli najmniejszego pojęcia o swoich prawach. Starosta brał okazałe łapówki, sędziów przekupionych pokazywano sobie bez żenady na ulicy.
Ludzie, którzy zbudowali potęgę
Społeczność zagłębia naftowego tworzyli przede wszystkim Żydzi, którzy odgrywali kluczową rolę zarówno jako „baronowie naftowi”, jak i jako robotnicy najemni. Początkowo przybyli do Borysławia, aby eksploatować złoża ozokerytu, pracując jako kopacze, płukacze i wytapiacze. To właśnie z tej grupy rekrutowali się późniejsi potentaci przemysłu naftowego.
Nazwiska takie jak Ascher Lauterbach, Herman Goldhammer, Mojsze Kornhaber, Dawid Lindenbaum czy bracia Lazar i Mojsze Gartenberg na trwałe zapisały się w historii galicyjskiego naftowego biznesu. Ascher Selig Lauterbach, urodzony w rodzinie kupców solnych, założył Pierwszą Galicyjską Spółkę Naftową i uruchomił rafinerię „Galicja” w Drohobyczu.
Z kolei pracowników najemnych dostarczały wszystkie niezamożne gminy Galicji Wschodniej. W 1890 roku na 10 424 mieszkańców Borysławia aż 7752, czyli 74 procent, stanowili Żydzi.
Rekiny paliwowego kapitalizmu
Galicyjski przemysł naftowy przyciągnął nie tylko szanowanych przedsiębiorców, ale także wszelkiej maści poszukiwaczy przygód, oszustów i łowców szybkiego zysku. Wokół Borysławia działały „hieny naftowe”, które nie cofały się przed niczym, by zdobyć majątek. Opisywano przypadki zadziwiających karier – od pucybuta do milionera, których początkiem była kradzież czy nawet morderstwo.
Niektórzy z potentatów przybywali do miasta z całym dobytkiem mieszczącym się na furmance, aby po kilkunastu latach być właścicielami dziesiątek szybów i rafinerii. W tej bezwzględnej rywalizacji znikały wszelkie hamulce moralne. Bogactwo sąsiadowało z nędzą w sposób, który bulwersował nawet tych, którzy przywykli już do widoku społecznych nierówności.
Zapomniana spuścizna
Po latach świetności przyszło nieuchronne zmierzch. Już w 1911 roku wydobycie w galicyjskim zagłębiu zaczęło spadać, a w 1913 wyniosło 1,1 miliona ton – niemal o połowę mniej niż cztery lata wcześniej. Złoża wyczerpywały się, a nowe odkrycia były coraz trudniejsze i droższe. Do tego doszedł kryzys na rynkach światowych i polityka monopolistów, którzy ograniczali wydobycie, by utrzymać wysokie ceny.
W okresie II Rzeczypospolitej Borysławsko-Drohobyckie Zagłębie Naftowe wciąż pozostawało „sercem” polskiego przemysłu naftowego – jeszcze w 1928 roku wydobywano tu około 84 procent krajowej ropy. Jednak kapitał kontrolowały głównie firmy francuskie (50 procent udziałów) i amerykańskie (15 procent). Polscy przedsiębiorcy odpowiadali jedynie za 20 procent wydobycia.
Ostateczny kres świetności galicyjskiego zagłębia naftowego przyniosła II wojna światowa, a następnie decyzja Stalina o przyłączeniu tych terenów do Ukraińskiej SRR.
Źródła:
- Davies N., Galicja, Kraków 2023.
- Koper S., Stańczyk T., Ostatnie lata polskich Kresów, Warszawa 2020.
- https://bibliotekanauki.pl/articles/122160