Dziś to państwo to symbol dobrobytu. 150 lat temu biednych przekazywano tam od domu do domu

Dziś Szwecja kojarzy się z dobrobytem, bezpieczeństwem socjalnym i jednym z najwyższych standardów życia na świecie. Tymczasem jeszcze 150 lat temu ogromna część Szwedów żyła bez stałego dachu nad głową, bez możliwości ogrzania się i bez posiłku, który chroniłby przed niedożywieniem.
Od zagrody do zagrody
Szwecja jest dziś państwem o jednym z bardziej rozwiniętych systemów opieki społecznej – jednak nie zawsze tak było. Najbardziej wstrząsającym rozwiązaniem dawnego systemu opieki w Szwecji był rotegång – przymusowe wędrowanie najbiedniejszych między gospodarstwami. Parafię dzielono na okręgi zwane rote, obejmujące najczęściej po sześć domostw, które wspólnie odpowiadały za utrzymanie jednego ubogiego. Taki podopieczny – rotehjon – spędzał w każdym domu od kilku dni do tygodnia, po czym ruszał pieszo do następnej chałupy. Gdy był zbyt słaby, odwożono go furmanką.
W praktyce oznaczało to życie w ciągłym ruchu, całkowicie podporządkowane kalendarzowi narzuconemu przez parafię. Od rotehjon oczekiwano, że za miskę jedzenia i kąt do spania odwdzięczy się pracą na miarę swoich sił. Jeśli wędrowny biedak był umierający, i tak przekazywano go do kolejnego gospodarstwa – powszechny przesąd nakazywał bowiem unikać zgonu obcego człowieka we własnym domu.
Młotek na drogę
Nieodłącznym atrybutem wędrownego biedaka był tak zwany młotek żebraczy – zwykły kawałek drewna, który pełnił funkcję dzisiejszego dowodu osobistego i urzędowego skierowania w jednym. Wycinano na nim znaki własnościowe gospodarstw należących do danego rote, kolejność odwiedzin oraz liczbę dni przysługujących w każdym domu. Bez tego przedmiotu nikt nie miał obowiązku przyjąć wędrowca pod dach.
Młotek był więc przepustką do przetrwania. Towarzyszył mu notatnik, w którym skrupulatnie zapisywano, gdzie i kiedy dana osoba przebywała – powstawała w ten sposób swoista kronika przymusowej tułaczki. Dopiero ustawa z 1918 roku ostatecznie zakazała zarówno rotegång, jak i aukcji ubogich. W muzeach zachowało się zaledwie kilka takich artefaktów – milczących świadków epoki, w której ludzka godność ważyła tyle, co kawałek drewna z wyciętymi znakami.

Aukcje ubogich
Alternatywą dla nieustannej wędrówki był przytułek – fattighus – stawiany najczęściej tuż przy kościele, tak aby wierni mogli wrzucić jałmużnę przy okazji niedzielnego nabożeństwa. Zdecydowaną większość pensjonariuszy stanowiły kobiety: wdowieństwo odbierało nie tylko męża, ale przede wszystkim jakiekolwiek źródło dochodu. Samodzielne zarobkowanie było dla kobiet przez stulecia drastycznie ograniczone, a pomoc instytucji – żadna.
Kto nie trafił do przytułku ani na rote, mógł zostać sprzedany – całkiem dosłownie. Podczas tak zwanych aukcji ubogich licytowano, która rodzina zgodzi się przygarnąć danego biedaka za najniższą opłatę wypłacaną z kasy parafialnej. Starcy, sieroty i niepełnosprawni trafiali więc pod opiekę tego, kto zaoferował najtańszą wycenę ich utrzymania. W zamian mieli pracować na tyle, na ile pozwalało im zdrowie – system był tyleż oszczędny, co bezlitosny.
Wielki głód
Wszystkie te mechanizmy wystawiono na dramatyczną próbę w latach 1867–1869, podczas ostatniego wielkiego głodu w historii Szwecji. Wiosna i lato 1867 roku okazały się tak zimne, że jeszcze w czerwcu zalegał śnieg, a siewy rozpoczęto dopiero około Nocy Świętojańskiej. Krótkie lato i wczesna jesień zniszczyły plony. Kolejny rok przyniósł suszę, która dobiła zwierzęta hodowlane. Północ kraju głodowała, a zaspy śnieżne i lód skutecznie odcięły dostawy żywności.
Sytuację pogłębiał gorzki paradoks: największe majątki bez przeszkód eksportowały zboże za granicę, podczas gdy miejscowa ludność przymierała głodem. Organizowano zbiórki, napływały środki z zagranicy, ale każdą porcję pomocy trzeba było odpracować. Kto nie przedstawił poręczyciela, nie dostawał nic. Urzędnicy zalecali wypiek chleba z porostów, który wywoływał u dzieci wymioty i bóle w klatce piersiowej. Doświadczenie tej klęski i głębokie poczucie niesprawiedliwości pchnęły później dziesiątki tysięcy Szwedów do emigracji za ocean.
Ku państwu dobrobytu
Droga od świata młotków żebraczych i głodowych lat do dzisiejszej Szwecji zajęła dekady i wymagała fundamentalnych reform. Ustawa z 1918 roku nie tylko zakazała rotegång i aukcji ubogich – nakazała też przekształcić przytułki w domy starców, a dla zdolnych do częściowej pracy utworzyć tak zwane domy pracy. Po raz pierwszy ubóstwo zaczęto traktować nie jak moralną skazę, lecz jak zadanie dla całego społeczeństwa – zgodnie z ideami nabierającej na znaczeniu doktryny skandynawskiej socjaldemokracji.
Masowa emigracja – łącznie około miliona ćwierci osób – paradoksalnie wzmocniła pozycję tych, którzy pozostali. Mniej rąk do pracy oznaczało większą siłę przetargową robotników, a elity, chcąc zatrzymać dalszy odpływ ludności, zaczęły inwestować w zalążki opieki socjalnej.
Dziś granica ubóstwa w Szwecji przebiega na poziomie, który dla dziewiętnastowiecznego rotehjon byłby niepojętym luksusem. Ta przemiana przypomina, że powszechna bieda nie jest wyrokiem – ale też jak niewiele czasu dzieli nas od epoki, gdy kawałek drewna decydował o czyimś prawie do przeżycia.
Źródła:
- Stanisław R., Szwedzka „polityka dobrobytu”, Warszawa 1978.
- https://ourworldindata.org/history-of-poverty-has-just-begun
- https://www.cambridge.org/core/journals/european-journal-of-sociology-archives-europeennes-de-sociologie/article/citizenship-and-mobility-of-the-poor-sweden-during-the-19th-century/D1C3CFDB60A9E538EF283AAE43FC17FC
- https://www.dbc.wroc.pl/dlibra/publication/29050/edition/26218/content
- https://www.tandfonline.com/doi/pdf/10.1080/03585522.1979.10415660