Milicja za płotem, tysiące młodych pod sceną. Tak wyglądał Jarocin w PRL

Festiwal w Jarocinie to dla jednych legenda, dla innych – wspomnienie młodości. Dla Służby Bezpieczeństwa PRL był natomiast „zlotem dewiantów” i potencjalnym ogniskiem zagrożenia państwowego. Jak to możliwe, że w samym środku stanu wojennego, gdy inne imprezy odwoływano, w Jarocinie co roku rozbrzmiewały ciężkie brzmienia i wywrotowe refreny?
- Jak lokalny festiwal stał się stolicą polskiego rocka
- Stan wojenny nie gra roli
- Oaza wolności pod okiem bezpieki
- Punk, metal i hipisi
- Fenomen, który przetrwał dekady
Jak lokalny festiwal stał się stolicą polskiego rocka
Niewiele osób pamięta, że początki jarocińskiej imprezy sięgają 1970 roku. Wtedy to w klubie „Olimp” odbywały się Wielkopolskie Rytmy Młodych – skromny przegląd o lokalnym zasięgu, na którym występowały zespoły amatorskie, a nawet chóry. Przez pierwsze lata niewiele zapowiadało, że to właśnie to miejsce stanie się symbolem buntu i wolności.
Przełom nastąpił w 1980 roku. Grupa energetycznych menedżerów – Walter Chełstowski, Jacek Sylwin, Wojciech Korzeniewski i Marcin Jacobson – postanowiła wykorzystać jarocińską scenę do promocji nowego zjawiska, które nazwali Muzyką Młodej Generacji. Tak narodził się I Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji. Na pierwszej edycji pojawiło się około dwóch tysięcy widzów, a w konkursie wystąpił między innymi mało wówczas znany Dżem. Nikt jeszcze nie przypuszczał, że za kilka lat to miejsce będzie przyciągać tłumy marzące o oddechu od szarej peerelowskiej rzeczywistości.
Stan wojenny nie gra roli
Rok 1982 mógł przekreślić wszystko. Wprowadzony w grudniu 1981 roku stan wojenny sparaliżował życie publiczne. Wojsko na ulicach, godzina milicyjna, zawieszone związki zawodowe – to był nowy, ponury krajobraz polskich miast. Tymczasem w Jarocinie zapadła decyzja: festiwal się odbędzie.
Decyzję podjęły lokalne struktury, które uznały, że impreza tej rangi po prostu opłaca się miastu i regionowi. Co więcej, w Warszawie nie przywiązywano do jarocińskiej imprezy większej wagi – w końcu to był tylko lokalny „przegląd”, a nie ogólnopolskie wydarzenie.
Na scenie w 1982 roku pojawiły się zespoły, które dziś uznajemy za legendy: SS-20 (późniejszy Dezerter), Rejestracja, RSC, a także debiutujący wówczas Paweł Kukiz z zespołem CDN. To wtedy zaczęło kształtować się „pokolenie Jarocina” – ludzie, których połączyła nie tylko muzyka, ale przede wszystkim poczucie, że w tym jednym miejscu mogą być sobą.

Oaza wolności pod okiem bezpieki
W 1983 roku impreza zmieniła nazwę na Festiwal Muzyków Rockowych i przeniosła się na stadion. Publiczność liczyła już około 20 tysięcy osób. To wtedy Służba Bezpieczeństwa zaczęła traktować Jarocin poważnie – choć nie zawsze kompetentnie.
Z archiwów IPN wyłania się obraz dość osobliwej inwigilacji. Funkcjonariusze zbierali skrupulatne raporty o tym, co dzieje się na festiwalu, ale ich interpretacje bywały kuriozalne. Krzysztof Skiba z Big Cyc wspominał, że do anarchistów przydzielono „najgłupszych funkcjonariuszy”. Ci notowali wszystko, co działo się na koncertach, często nie rozumiejąc kontekstu. W jednym z raportów zapisano, że publiczność skanduje „Lombard, Lombard”, ale nie wiadomo, co to oznacza – czy to okrzyk antypaństwowy, czy też jakieś hasło. Dziś trudno się nie uśmiechnąć na myśl, że funkcjonariusze nie mieli pojęcia, iż to po prostu nazwa jednego z najpopularniejszych zespołów tamtych lat.
Punk, metal i hipisi
To, co dziś wydaje się oczywiste – że na jednym festiwalu mogą spotkać się fani różnych gatunków – w latach 80. było zjawiskiem nowym i zaskakującym. W Jarocinie obok siebie stawali punki w irokezach, heavy metalowcy w skórzanych kurtkach, hipisi z długimi włosami, rastafarianie i tzw. normalsi, którzy stanowili większość. Media lubiły rozpisywać się o konfliktach między subkulturami, ale w rzeczywistości, jak wspominają uczestnicy, pod sceną najczęściej panowała zgodna koegzystencja.
Antagonizmy były w dużej mierze wykreowane przez dziennikarzy szukających sensacji. Owszem, zdarzały się incydenty, ale trudno mówić o regularnych starciach. Przeciwnie – to właśnie w Jarocinie różne środowiska uczyły się żyć obok siebie, a wspólna pasja do muzyki okazywała się silniejsza niż dzielące je różnice.
Festiwal stał się też miejscem, gdzie powstawał alternatywny obieg artystyczny. Nagrania koncertów – najczęściej fatalnej jakości, robione na byle jakim sprzęcie – krążyły potem po całej Polsce, kopiowane setki razy na przegrywanych kasetach magnetofonowych. Dla wielu młodych ludzi z małych miast, którzy nigdy nie byli w Jarocinie, te nagrania były jedynym kontaktem z muzyką, o której nie mówiło radio ani telewizja.
Fenomen, który przetrwał dekady
Mimo że w 1994 roku festiwal w starej formule zakończył działalność, a kolejne lata były pasmem mniej lub bardziej udanych prób reaktywacji, „pokolenie Jarocina” istnieje do dziś. To ludzie, których połączyło nie tylko miejsce i czas, ale przede wszystkim poczucie, że uczestniczyli w czymś wyjątkowym – w przestrzeni wolności, jakiej nie oferowało żadne inne miejsce w PRL-u.
Dziś styl punkowych i rockowych subkultur, który 40 lat temu był symbolem buntu i bywa powodem zatrzymań przez milicję, stał się elementem mainstreamowej mody. Podarte dżinsy, skórzane kurtki i kolczyki można kupić w każdym centrum handlowym. Ale ci, którzy pamiętają prawdziwy Jarocin, wiedzą, że nie chodziło o wygląd. Chodziło o to, że przez kilka dni w roku można było oddychać pełną piersią, śpiewać to, co się myśli, i być wśród swoich. Bez udawania, bez strachu, bez peerelowskiej szarzyzny.
Źródła:
- Makowski M., Wojciechowski K., Pokolenie J8. Jarocin '80-'89, Poznań 2011.
- Witkowski G.K., Grunt to bunt. Rozmowy o Jarocinie. Tom 1, Poznań 2011.
- https://dzieje.pl/kultura-i-sztuka/%E2%80%9Ezadzwoncie-po-milicje%E2%80%9D-czyli-sb-na-festiwalu-w-jarocinie