Najbogatszy prywaciarz PRL: zbudował imperium, skończył w celi

Ignacy Zenon Soszyński przeszedł do legendy jako najzamożniejszy człowiek PRL-u — a przecież w komunistycznej rzeczywistości taki scenariusz brzmiał jak czysta fantazja. Gdy półki świeciły pustkami, a ludzie stali w niekończących się kolejkach, on krok po kroku stawiał fundamenty pod własne finansowe imperium. Jak to w ogóle było możliwe?
- Prywaciarz, który drażnił system PRL
- Jak Soszyński zbił fortunę na emigracji
- Powrót Soszyńskiego i perfumowy hit PRL
- Jak PRL ukarał zbyt bogatego Soszyńskiego
Prywaciarz, który drażnił system PRL
Fortunę zbudował nie dzięki politycznym układom, lecz dzięki pomysłowości, determinacji i żelaznej konsekwencji. Uchodził za modelowego „prywaciarza” — przedstawiciela warstwy, na którą władza spoglądała z podejrzliwością i niechęcią. Im bardziej rozkręcał interes, tym wyraźniej stawał się dla systemu problemem.
Soszyński przyszedł na świat 9 listopada 1914 roku w Binkowie pod Poznaniem. Jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym fascynowały go perfumy oraz chemia zapachów. To właśnie ta pasja popchnęła go do otwarcia w Poznaniu pierwszej perfumerii „Marsylianka” — przedsięwzięcia, które nie przetrwało długo, ale stało się początkiem jego przedsiębiorczej drogi.
W latach 1937–1945, razem z bratem, uruchomił cztery kolejne firmy w Łodzi, Warszawie i Poznaniu. Zdołały przetrwać wojenną zawieruchę, jednak po 1945 roku nie miały już szans w nowej rzeczywistości. Władza szybko przystąpiła do nacjonalizacji prywatnych biznesów, a Soszyński w jednej chwili stracił dorobek kilku lat pracy.
Jak Soszyński zbił fortunę na emigracji
Soszyński nie dał się jednak zniechęcić i postanowił spróbować ponownie. W 1952 roku w Warszawie uruchomił Zakłady Przemysłu Chemicznego „Ochota” — na papierze państwowe, w praktyce zarządzane przez niego. Oficjalnie figurował tylko jako „dyrektor techniczny”, bo prawdziwa kontrola nad przedsięwzięciem musiała pozostać poza światłem reflektorów.
Trzy lata później także ten interes mu odebrano. W 1958 roku Soszyński opuścił Polskę i zaczął kolejny etap życia na emigracji. W Paryżu zgłębiał chemię zapachową, później zakładał firmy we Francji i w Maroku, gdzie zbudował imponujące zaplecze produkcyjne. To właśnie tam zarobił największe pieniądze i wyrósł na międzynarodowego gracza w świecie perfum.
W latach 80. Soszyński udzielił wywiadu tygodnikowi „Wprost”. Z dumą stwierdził wtedy: „Jestem najbogatszym człowiekiem Europy Wschodniej”. Majątek rzeczywiście zgromadził ogromny, ale czy faktycznie był numerem jeden — tego nie da się dziś jednoznacznie potwierdzić. Bardziej prawdopodobne, że w ZSRR działał ktoś równie wpływowy, kto mógł dysponować jeszcze większą fortuną.
Powrót Soszyńskiego i perfumowy hit PRL
Gdy w latach 70. w Maroku doszło do nacjonalizacji przemysłu, Soszyński spieniężył swój majątek i wrócił do Polski. W Poznaniu uruchomił już siódme przedsięwzięcie — Inter-Fragrances. Była to spółka polonijna, która zapewniała państwu bezcenne dewizy, tak potrzebne w pogrążonym w kryzysie PRL.
Wyroby Inter-Fragrances błyskawicznie podbiły rynek. Soszyński świetnie wyczuwał nastroje i potrzeby klientów — wiedział, że nawet w rzeczywistości kartek i kolejek ludzie szukają choć odrobiny luksusu. Ten sukces dał mu kapitał i rozpęd do kolejnych inwestycji: powstały m.in. Frutaroma, Oceanic i Herbarom. Z czasem jego nazwisko zaczęto kojarzyć z jakością oraz sprawnie prowadzonym biznesem.
Jak PRL ukarał zbyt bogatego Soszyńskiego
W połowie lat 80. wpływy firm Soszyńskiego robiły zawrotne wrażenie — w Polsce liczone w miliardach złotych, a poza krajem w milionach dolarów. W państwie, które coraz mocniej biedniało, taki wynik wywoływał nie tylko podziw, lecz także niechęć i zazdrość. Nic dziwnego, że władza zaczęła baczniej obserwować najzamożniejszego „prywaciarza” PRL.
W 1985 roku przekroczenie limitów produkcji i zlecenie części pracy zewnętrznej firmie posłużyło jako wygodny pretekst do zatrzymania 70-letniego Soszyńskiego. Choć finalnie zarzuty upadły, paszportu już nie odzyskał — a system wyraźnie dał mu do zrozumienia, gdzie kończy się jego cierpliwość. Spędził za kratami 48 godzin, w jednej celi z recydywistami. Im tłumaczył, że trafił tam „za spekulacje kosmetykami”.
Końcówkę życia przeżył na emigracji w Hanowerze, gdzie zmarł w 1987 roku — jako człowiek, który pokazał, że nawet w PRL dało się zbudować biznesowe imperium, ale jednocześnie przekonał się, że zbyt duży majątek bywał niewybaczalny.