Nie żyje, ale się uśmiecha. Zapomniana sztuka fotografii pośmiertnej

W epoce selfie i natychmiastowego udostępniania każdego momentu życia trudno sobie wyobrazić, że jeszcze sto lat temu najbardziej poruszające i cenne zdjęcia w rodzinnych albumach przedstawiały… osoby zmarłe. Fotografia pośmiertna, zwana też mortualną, była nie tylko akceptowaną, ale wręcz pożądaną formą upamiętnienia bliskich. Jak to możliwe, że coś, co dziś wydaje się makabryczne, było niegdyś wyrazem miłości i szacunku do zmarłych bliskich?
- Polskie portrety trumienne
- Narodowa relikwia
- Jak ożywić zmarłego
- Umarli jak żywi
- Na froncie
- Różne kultury, podobne potrzeby
- Dlaczego przestaliśmy fotografować zmarłych?
Polskie portrety trumienne
Zanim świat poznał fotografię, na ziemiach polskich wypracowano niezwykłą i wyjątkową w skali Europy tradycję upamiętniania zmarłych. W XVII wieku powszechnym zwyczajem stało się malowanie portretów trumiennych. Były to realistyczne wizerunki zmarłych, malowane najczęściej na blasze, które następnie mocowano do przedniej ścianki trumny.
Ten wyjątkowy obyczaj, niemal nieobecny w takiej formie w innych kulturach, stanowił pomost między dawnymi praktykami żałobnymi a nowoczesnymi formami utrwalania pamięci. Portrety trumienne, często o surowej, szczerej ekspresji, zatrzymywały nieidealizowany wizerunek zmarłego – ostatnie, bezpośrednie świadectwo jego istnienia. Były czymś więcej niż tylko ozdobą ceremonii. Stanowiły materialny wyraz potrzeby zachowania obecności bliskiej osoby, choćby pod symbolicznie malowaną postacią. Ta unikalna praktyka doskonale przygotowała grunt pod przyjęcie się później innej nowinki – fotografii, która miała przejąć i zrewolucjonizować ów pierwotny impuls: pragnienie zatrzymania ulotnego życia w trwałym obrazie.
Narodowa relikwia
Prawdziwy przełom nastąpił w 1839 roku wraz z wynalazkiem dagerotypii. Nagle nie tylko arystokraci, ale też zwykłe rodziny mogły pozwolić sobie na portret bliskiej osoby, która odeszła. W czasach, gdy śmiertelność dzieci była wysoka, a choroby zbierały obfite żniwo, pośmiertna fotografia często bywała jedynym istniejącym wizerunkiem członka rodziny. Paradoksalnie długi czas naświetlania pierwszych zdjęć sprawiał, że nieruchome ciało zmarłego było idealnym „modelem” dla ówczesnej technologii.
W historii polskiej fotografii szczególne miejsce zajmuje Karol Beyer, uznawany za jej ojca. Choć prowadził swoje warszawskie atelier od 1845 roku, prawdziwy rozgłos przyniosło mu dopiero tragiczne wydarzenie z 1861 roku. 26 lutego, dzień po tym, jak carskie wojsko zastrzeliło pięciu uczestników patriotycznej manifestacji, Beyer wykonał ich pośmiertne portrety. Z pojedynczych wizerunków stworzył poruszające tableau, które – jak pisał rosyjski dziennikarz Mikołaj Berg – „rozsypało się po całej Polsce w niezliczonych egzemplarzach”. Ta jedna fotografia spełniła podwójną, potężną rolę: była bezpośrednim dokumentem carskiego okrucieństwa, ale w szybkim czasie urosła też do rangi narodowej relikwii, stając się symbolicznym spoiwem dla Polaków żyjących pod zaborami.

Jak ożywić zmarłego
Fotografowie XIX wieku opracowali cały arsenał technik mających sprawić, aby zmarli na zdjęciach wyglądali jak żywi. Najbardziej powszechnym zabiegiem, szczególnie w przypadku dzieci, było domalowywanie otwartych oczu na zamkniętych powiekach. Ciała dorosłych podpierano specjalnymi konstrukcjami z drewnianych kołków i sznurków, aby przybrały naturalne pozy.
Małych zmarłych często fotografowano w towarzystwie rodzeństwa, które pozornie miało ich podtrzymywać, jakby ci tylko spali. Wyjątkowo przejmujące są zdjęcia przedstawiające tzw. „ukryte matki” – kobiety całkowicie zakryte tkaniną, które asystowały podczas sesji, niekiedy podtrzymując zwłoki własnego dziecka. Dziś te obrazy mogą niepokoić, lecz wówczas były wyrazem rozpaczliwej próby zatrzymania ulotnego życia.
Umarli jak żywi
Z czasem proste portrety ewoluowały w skomplikowane kompozycje. Młode kobiety pochowane w stanie panieńskim ubierano w białe suknie z welonem, a ich trumny otaczano liliami symbolizującymi czystość. Bogatsze rodziny zamawiały całe serie zdjęć dokumentujących ceremonię – od wieńców przez kondukt żałobny po fragmenty mszy.
Jednym z najbardziej znanych polskich zdjęć pośmiertnych jest portret Adama Mickiewicza z 1855 roku. Nieznany fotograf uwiecznił poetę na łożu śmierci w Konstantynopolu w pozie tak naturalnej, że rzeczywiście sprawia wrażenie śpiącego. Rozproszone światło, rozluźnione dłonie i położenie głowy tworzą obraz nie tyle śmierci, co głębokiego, spokojnego odpoczynku.
Na froncie
Przełomem w historii fotografii pośmiertnej stała się wojna krymska (1853-1856), pierwszy konflikt zbrojny szeroko udokumentowany fotograficznie. W tym momencie fotografia mortualna wyszła z prywatnej sfery domu i wkroczyła na pole bitwy. Zdjęcia poległych żołnierzy zaczęły pełnić funkcję nie tylko pamiątkową, ale też dokumentalną i propagandową.
W polskiej tradycji linię tę kontynuował między innymi Krzysztof Miller, fotoreporter dokumentujący konflikty zbrojne na całym świecie. Jego zdjęcia z Bałkanów, Czeczenii czy Afryki przedstawiają tzw. „momenty pre-mortem” – sytuacje, w których śmierć jest już nieunikniona, choć jeszcze nie nastąpiła. Jak sam mówił, rejestrował „chwile, które nie zmienią już losu ofiar”.
Różne kultury, podobne potrzeby
Choć wiktoriańska Anglia często uchodzi za kolebkę fotografii pośmiertnej, praktyka ta przybierała różne formy na całym świecie. Na Islandii, gdzie śmiertelność dzieci była wyjątkowo wysoka, fotografowanie zmarłych najmłodszych było standardem aż do lat 40. XX wieku. W indyjskim mieście Varanasi do dziś dokumentuje się kremacje nad Gangesem – jako dowód dla rodziny i potwierdzenie właściwego wykonania rytuału.
Na Filipinach zwyczaj Recuerdos de patay (Pamiątki po zmarłych) polegał na fotografowaniu całej rodziny zgromadzonej wokół trumny. W kulturach prawosławnej i wschodniokatolickiej nadal krążą zdjęcia świętych i zwykłych wiernych spoczywających w trumnach, traktowane z pietyzmem.
Dlaczego przestaliśmy fotografować zmarłych?
Dziś, gdy śmierć stała się tematem tabu, a jej widok usuwa się z przestrzeni publicznej, dawne fotografie pośmiertne mogą szokować. Warto jednak pamiętać, że dla naszych przodków nie były one przejawem makabry, lecz formą oporu przeciwko zapomnieniu, ostatnim pożegnaniem i – paradoksalnie – afirmacją życia poprzez godne upamiętnienie jego końca. W tych zdjęciach, tak różnych od współczesnych selfie, kryje się opowieść nie tylko o śmierci, ale przede wszystkim o rozpaczliwej potrzebie pamięci.
Źródła:
- https://www.bbc.com/news/uk-england-36389581
- https://culture.pl/pl/artykul/post-mortem-czyli-krotka-opowiesc-o-fotografii-mortualnej
- https://dspace.uni.lodz.pl/xmlui/bitstream/handle/11089/41964/83-96_Janicka.pdf?sequence=1&isAllowed=y
- https://yalereview.org/article/hamlyn-postmortem-grief