Pierwszy polski prezydent sprawował urząd tylko 5 dni. Zginął z ręki zamachowca

Był 16 grudnia 1922 roku, kilka minut po południu. Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent II Rzeczypospolitej, stał przed obrazem Teodora Ziomka „Szron” w warszawskiej Zachęcie. Nikt w sali nie przypuszczał, że za chwilę rozlegną się strzały, które na zawsze zmienią bieg polskiej historii. Prezydent sprawował swój urząd zaledwie od pięciu dni.
- Atmosfera nienawiści
- Zaprzysiężenie pełne upokorzeń
- Zamachowiec: artysta i fanatyk
- Trzy strzały w Zachęcie
- Proces, wyrok i egzekucja
- Bibliografia
Atmosfera nienawiści
Gdy 9 grudnia 1922 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało Gabriela Narutowicza na prezydenta, prawica nie mogła pogodzić się z porażką. W ostatniej, piątej turze głosowania Narutowicz pokonał kandydata endecji Maurycego Zamoyskiego, zdobywając 289 głosów przeciwko 227. Kluczowe okazało się poparcie lewicy, PSL „Piast” oraz – co najbardziej drażniło narodową demokrację – mniejszości narodowych, w tym posłów żydowskich, ukraińskich i niemieckich.
Zaraz po ogłoszeniu wyników ulicami Warszawy przetoczyły się demonstracje. Młodzież akademicka i szkolna skandowała „Precz z Narutowiczem” oraz „Precz z wybrańcem Żydów”. Z balkonu swego mieszkania do tłumu przemówił generał Józef Haller, cieszący się ogromnym autorytetem wśród prawicy. „W dniu dzisiejszym Polskę, o którą walczyliście, sponiewierano” – mówił, zbierając entuzjastyczne owacje.
Prasa endecka nie pozostawała dłużna. „Gazeta Warszawska” i „Gazeta Poranna 2 Grosze” prześcigały się w inwektywach. Narutowicza nazywano „elektem żydowskim”, „masonem”, „kosmopolitą”, zarzucano mu ateizm i brak polskości. Stanisław Stroński na łamach „Rzeczypospolitej” określił go mianem „zawady” – zapory rzuconej na drodze do naprawy państwa. Dziś historycy są zgodni: to właśnie ta kampania nienawiści stworzyła klimat, w którym mógł dojrzeć zamach.
Zaprzysiężenie pełne upokorzeń
11 grudnia 1922 roku, w dniu zaplanowanego zaprzysiężenia, Warszawa stanęła na nogi. Prawicowe bojówki zablokowały przejścia do budynku Sejmu, wznosząc barykady z ławek i skrzyń na śmieci. Policja zachowywała się biernie – nie interweniowała, choć tłum rzucał kamieniami w przejeżdżające powozy.
Premier Julian Nowak, który miał towarzyszyć prezydentowi elektowi w drodze do Sejmu, w ostatniej chwili odmówił. Zastąpił go szef protokołu dyplomatycznego Stefan Przezdziecki. Narutowicz, zdecydowany dopełnić obowiązku, wyruszył odkrytym powozem w eskorcie dwóch plutonów kawalerii.
Gdy powóz dotarł w Aleje Ujazdowskie, tłum rzucił się na niego. W prezydenta leciały kamienie, kije, bryły lodu i śniegu. Jeden z demonstrantów wspiął się na stopień powozu i zamachnął się laską z żelazną gałką, celując w głowę Narutowicza. „Człowieku, czy mnie tak spokojnie zabijesz?” – miał zapytać prezydent, patrząc mu w oczy. Napastnik spuścił wzrok i odpuścił.
Do budynku Sejmu Narutowicz dotarł z kilkuminutowym opóźnieniem, z widocznymi śladami uderzeń na twarzy. Mimo to złożył przysięgę zgodnie z konstytucją. W sali brakowało kilkuset prawicowych posłów, którzy bojkotowali ceremonię.

Zamachowiec: artysta i fanatyk
Eligiusz Niewiadomski, który oddał śmiertelne strzały, nie był przypadkowym sprawcą ulicznej awantury. Urodzony w 1869 roku w Warszawie malarz i krytyk sztuki należał do ścisłych kręgów narodowej demokracji. Studiował z sukcesami w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po powrocie do kraju wykładał w Warszawskim Instytucie Politechnicznym, współpracował z „Kurierem Warszawskim” i był członkiem zarządu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych.
Niewiadomski od młodości związany był z ruchem narodowo-demokratycznym. Należał do tajnej Ligi Narodowej, wciągnięty do niej przez samego Romana Dmowskiego. Za działalność niepodległościową w 1901 roku trafił na Pawiak, a potem do X pawilonu Cytadeli Warszawskiej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej, mimo 51 lat, próbował wstąpić do wojska. Ostatecznie zatrudniono go w kontrwywiadzie – w Oddziale II Sztabu Generalnego.
Co ciekawe, podczas procesu Niewiadomski zeznał, że pierwotnie planował zabić Józefa Piłsudskiego. Od zamiaru tego odstąpił, gdy w grudniu 1922 przeczytał w gazecie, że marszałek kategorycznie zrezygnował z kandydowania na prezydenta. Wówczas jego nienawiść skupiła się na Narutowiczu – człowieku, który według niego uosabiał wszystko, co niszczyło prawdziwie polski charakter państwa.
Trzy strzały w Zachęcie
16 grudnia 1922 roku Narutowicz miał napięty plan dnia. O 11:30 odwiedził kardynała Aleksandra Kakowskiego. Wizyta była ukłonem w stronę środowisk katolickich – i odpowiedzią na oskarżenia o ateizm. Kardynał przyjął go życzliwie, potępiając uliczne napaści.
Około 12:10 prezydent zajechał przed gmach Zachęty przy Krakowskim Przedmieściu. Towarzyszył mu szef kancelarii Stanisław Car. Wystawę otwierano uroczyście – prezydent miał obejrzeć doroczny salon sztuki. Przy wejściu witał go prezes Towarzystwa, a zgromadzona publiczność reagowała oklaskami.
Niewiadomski czekał w sali numer 1 na pierwszym piętrze. Miał przy sobie hiszpański pistolet Ruby-Cebra. Jak później ustalono, dostał się na wernisaż dzięki zaproszeniu – jako malarz i krytyk związany ze środowiskiem Zachęty nie wzbudzał podejrzeń.
Kiedy Narutowicz zatrzymał się przed obrazem Teodora Ziomka „Szron”, Niewiadomski podszedł z bliska i oddał trzy strzały. Dwie kule trafiły prezydenta w plecy, trzecia bezpośrednio w okolice kręgosłupa. Jedna z nich przeszła przez serce. Prezydent osunął się na podłogę. Obok stała poetka Kazimiera Iłłakowiczówna, która podtrzymywała jego głowę. Wezwany lekarz mógł już tylko stwierdzić zgon.
Niewiadomski nie próbował uciekać. Stał z pistoletem w dłoni, spokojny. Gdy malarz Edward Okuń i adiutant prezydenta go obezwładnili, powiedział tylko: „Nie będę więcej strzelać”. Po chwili dodał, że działał sam, z własnej woli.
Proces, wyrok i egzekucja
Proces Niewiadomskiego odbył się błyskawicznie – już 30 grudnia 1922 roku w Sali Kolumnowej pałacu Paca przy ulicy Miodowej wypełnionej po brzegi dziennikarzami i publiką. Oskarżony nie przyznał się do winy w rozumieniu aktu oskarżenia – przyznał się tylko do złamania prawa i wyraził gotowość poniesienia najwyższej kary.
Niewiadomski bronił się sam, choć przydzielono mu mecenasa Stanisława Kijeńskiego. Wygłaszał długie polityczne monologi, przedstawiając swój manifest. O samym prezydencie mówił, że był „czcigodnym i uczciwym człowiekiem, ale jako polityk w ogóle nie istniał”. Nie okazał skruchy. Przeciwnie – domagał się kary śmierci, uznając więzienie za hańbiące.
Prokurator Kazimierz Rudnicki wniósł o karę najwyższą. Sąd po godzinnej naradzie skazał Niewiadomskiego na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok nie wymagał zatwierdzenia. Nowy prezydent Stanisław Wojciechowski – który objął urząd po Narutowiczu – nie skorzystał z prawa łaski. „Zbadałem dokumenty, ale w nich, ani w mojej duszy nie mogę znaleźć powodu, by zmienić wyrok sądu” – oświadczył.
31 stycznia 1923 roku o świcie Niewiadomski został przewieziony do Cytadeli Warszawskiej. Zdjął spokojnie palto, szalik i kapelusz. Okulary oddał mecenasowi. Poprosił, by nie zawiązywać mu oczu. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski”.
Jak pisał „Kurier Polski” tuż po zamachu: „Płomień do pochodni [Niewiadomskiego] wyszedł z tej atmosfery nienawiści i gwałtu, którą wytworzyły złe duchy Polski w dniach ostatnich”. Słowa te pozostają przerażająco aktualne również dziś.
Bibliografia
- Pajewski J., Łazuga W., Gabriel Narutowicz. Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej, Warszawa 1993.
- Pleskot P., Niewiadomski. Zabić Prezydenta, Warszawa 2012.
- https://niepodlegla.dzieje.pl/tagi/zamach-na-narutowicza
- https://www.polskieradio.pl/8/8879/artykul/3089872,zamach-na-prezydenta-narutowicza-zabojca-mial-kamienna-twarz