Pierwszy raz niemal na oczach zaproszonych gości. Noc poślubna Zygmunta Starego i Bony Sworzy

Cicha, ceremonialna, a jednak pełna napięcia i społecznych oczekiwań. Noc poślubna Bony Sforzy i Zygmunta Starego nie była romantycznym uniesieniem dwojga zakochanych ludzi. To raczej wyreżyserowany rytuał, w którym uczestniczył cały dwór i który miał nie tylko znaczenie symboliczne, ale także polityczne. Jak wyglądały kulisy jednej z najbardziej spektakularnych nocy w dziejach polskiej monarchii?
- Miłość od pierwszego... toastu?
- Z prywatności nici
- Za drzwiami sypialni
- Dar poranka i rytuał oczyszczenia
- Z ziemi włoskiej do Polski
- Bibliografia
Miłość od pierwszego... toastu?
Była młodą włoską arystokratką z wpływowego rodu książąt mediolańskich. Przybyła do Polski w 1518 roku, aby poślubić jednego z najpotężniejszych władców Europy Środkowej – Zygmunta I z dynastii Jagiellonów. Bona Sforza – bo o niej mowa – miała zaledwie 24 lata, a jej przyszły mąż był o całe dwie dekady starszy. Już na wstępie dzieliła ich nie tylko różnica wieku, ale też język, obyczaj i – co może najważniejsze – poziom zażyłości. Ich kontakt przed ślubem ograniczał się do formalnych listów i kurtuazyjnych spotkań podczas publicznych uroczystości, którym towarzyszyły tłumy dworzan, posłów i dyplomatów.
Dla Bony wszystko było nowe. Od surowego klimatu Krakowa, przez niezrozumiałą mowę, aż po sztywne zasady panujące na polskim dworze. Co gorsza, młoda księżniczka została niemal natychmiast wciągnięta w wir politycznych oczekiwań. Jej ślub nie był przecież wyłącznie wydarzeniem rodzinnym – miał przynieść Polsce silny sojusz z Italią, zapewnić potomstwo dynastii Jagiellonów i podkreślić prestiż monarchii. Trudno się więc dziwić, że zamiast miłosnych westchnień, pierwsze dni znajomości Bony i Zygmunta wypełniały obowiązki i publiczne wystąpienia. O romantyzmie nie było tu mowy – wszystko było dokładnie zaplanowane.
Z prywatności nici
Z dzisiejszej perspektywy trudno sobie wyobrazić, że pierwsze małżeńskie zbliżenie monarchy i królowej mogło odbywać się niemal na oczach gości. A jednak w epoce renesansu właśnie tak wyglądała noc poślubna władców. Po zakończeniu oficjalnych uroczystości ślubnych, w których brali udział zarówno duchowni, jak i przedstawiciele obcych dworów, następował ostatni akt ceremonii – symboliczne „pokładziny”, czyli wspólna noc w ceremonialnej łożnicy. W tym wydarzeniu również uczestniczyli inni – i to dosłownie.
Orszak złożony z najznakomitszych gości odprowadzał nowożeńców do specjalnie przygotowanej sypialni. W przestronnej komnacie Wawelu ustawiono monumentalne łoże z baldachimem, wokół którego rozstawiono krzesła dla zaproszonych gości. Zasiadali na nich senatorowie, ambasadorowie, możnowładcy i wyżsi duchowni. Uroczystość miała swój schemat: od modlitwy prowadzonej przez biskupa, przez wspólne toasty, aż po rubaszne żarty i dworskie docinki. Król i królowa zasiadali razem na łożu, z dala od siebie, pod czujnym okiem świadków. Służba roznosiła słodycze i napoje, a atmosferę rozluźniały śmiechy i sugestywne komentarze. To był prawdziwy teatr, a oni grali pierwszoplanowe role.
Za drzwiami sypialni
Dopiero gdy ostatni goście opuścili komnatę, małżonkowie zostawali sami. Co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami, pozostaje tajemnicą. Nie istnieją żadne oficjalne relacje czy osobiste pamiętniki, które opisywałyby chwilę zbliżenia Zygmunta z Boną. Historycy mogą jedynie snuć przypuszczenia na podstawie ogólnych wzorców zachowań i nielicznych, często plotkarskich przekazów. Jednym z nich jest wątpliwej reputacji niemiecka kronika, która twierdzi, że Zygmunt był rzekomo rozczarowany i natychmiast po akcie miał napisać satyryczny wiersz, w którym wytykał Bonie… przesadny makijaż i brak dziewictwa.
Brzmi to jednak bardziej jak złośliwa propaganda, niż rzetelna relacja. Kronika powstała wiele lat później i nosi wszystkie znamiona politycznego pamfletu – najprawdopodobniej stworzonego przez przeciwników Bony, którzy z czasem zaczęli postrzegać ją jako zbyt wpływową i zbyt nowoczesną dla konserwatywnego polskiego dworu. W rzeczywistości nic nie wskazuje na to, aby Zygmunt był rozczarowany. Wręcz przeciwnie – już wkrótce dworzanie zaczęli zauważać, że król szczerze zadurzył się w młodszej żonie. Pojawiły się nawet plotki o jego przesadnej uległości wobec jej decyzji. Niezależnie od tego, jak wyglądała ta pierwsza noc, najwyraźniej nie zatrzęsła podstawami ich związku.
Przeczytaj także o córkach królowej Bony – zapomnianych polskich królewnach.

Dar poranka i rytuał oczyszczenia
Kolejnego dnia kontynuowano dworskie rytuały. Król, zgodnie z tradycją, wysyłał do żony specjalny prezent – tzw. Morgengabe, czyli „dar poranny”. Zwyczaj ten był głęboko zakorzeniony w kulturze dworskiej i miał symbolizować satysfakcję monarchy z pierwszego wspólnego zbliżenia. Bona otrzymała zapewne drogocenną biżuterię, tkaniny lub nadanie ziem – coś, co nie tylko miało wymiar materialny, ale również formalnie potwierdzało jej pozycję jako królowej Polski.
Ale zanim mogła świętować, czekał ją jeszcze jeden obowiązek: rytuał oczyszczenia. Wbrew pozorom nie był to zwyczaj marginalny – uczestniczyła w nim niemal każda monarchini. Polegał na tym, że następnego dnia rano królowa udawała się do katedry, gdzie odprawiano specjalne nabożeństwo mające „zmyć” duchowe zbrukanie związane z aktem cielesnym. Choć dziś wydaje się to absurdalne, dla ludzi epoki był to naturalny element religijnego porządku – dowód pokory i podporządkowania się normom moralnym. W praktyce łączyło się to z pokazem pobożności i umocnieniem autorytetu królowej w oczach poddanych.
Z ziemi włoskiej do Polski
Patrząc na historię małżeństwa Bony i Zygmunta, trudno nie dostrzec, że rozpoczęło się ono od chłodnej kalkulacji i obyczajowych rytuałów. A jednak z biegiem lat stało się fundamentem jednego z najbardziej wpływowych królewskich partnerstw w dziejach Polski. Zygmunt doceniał urodę, inteligencję i stanowczość Bony. Ona z kolei szybko nauczyła się języka, zrozumiała mechanizmy władzy i wykorzystała swoją pozycję, by wprowadzać liczne reformy – od gospodarki po edukację. Stała się nie tylko królową, ale też rasowym politykiem i mecenasem sztuki.
Noc poślubna była więc jedynie symbolicznym początkiem drogi, na której Bona musiała nie tylko zdobyć wpływy, ale i przetrwać w nieprzychylnym, często szowinistycznym środowisku. To, co dla wielu byłoby wyłącznie ceremonią lub obowiązkiem, ona przekuła w fundament swojego sukcesu. Bez względu na to, co wydarzyło się za kotarą królewskiego łoża, jedno jest pewne – Bona wyszła z tej nocy nie jako niepewna młoda dziewczyna, lecz jako przyszła matka królów i realna władczyni Rzeczypospolitej.
Bibliografia
- Besala J., Zygmunt Stary i Bona Sforza, Poznań 2012.
- Bogucka M., Bona Sforza, Wrocław 2009.
- Janicki K., Damy złotego wieku. Prawdziwe historie, Kraków 2021.