Szantaż na najwyższym szczeblu władzy. Premier PRL zapłacił okup za porwanego syna

W realiach PRL nawet najwyższa pozycja w państwie nie gwarantowała bezpieczeństwa. Piotr Jaroszewicz, przez lata jedna z najważniejszych postaci władzy, musiał zmierzyć się z anonimowym szantażem, który dotykał jego rodziny. Po latach kulisy tej sprawy ujawnił jego syn w książce poświęconej ojcu.
- Człowiek na szczycie władzy i niebezpieczne prośby
- Anonim z pogróżkami i planem przekazania pieniędzy
- Milicyjna operacja i śledztwo bez rozwiązania
Człowiek na szczycie władzy i niebezpieczne prośby
Piotr Jaroszewicz przez dziesięciolecia należał do ścisłego kierownictwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Od początku lat 50. aż do 1970 roku pełnił funkcję wicepremiera, a następnie przez całą dekadę stał na czele rządu jako premier. Żaden inny polityk epoki PRL nie utrzymywał się tak długo na najwyższych szczeblach władzy wykonawczej. Taka pozycja oznaczała nie tylko wpływy, lecz także nieustanną presję ze strony obywateli szukających pomocy.
Do Jaroszewicza zgłaszały się osoby z najróżniejszych środowisk. Jedni liczyli na protekcję w sprawach zawodowych, inni próbowali ratować się z osobistych kłopotów finansowych lub prawnych. Zdarzało się, że ludzie pojawiali się pod jego domem i czekali na moment, w którym polityk wyjdzie do pracy. Choć było to uciążliwe, mieściło się w realiach sprawowania władzy w tamtych czasach.
W 1969 roku wydarzyło się jednak coś, co wykraczało daleko poza typowe prośby czy natrętne wizyty. Kilka miesięcy przed objęciem przez Jaroszewicza stanowiska premiera do jego domu trafiła anonimowa przesyłka, której treść okazała się wyjątkowo niepokojąca. O całej sprawie po latach opowiedział jego syn Andrzej w książce poświęconej ojcu o tytule „Piotr Jaroszewicz”, ujawniając kulisy zdarzenia nieznane wcześniej opinii publicznej.
Anonim z pogróżkami i planem przekazania pieniędzy
Autor listu przedstawiał się jako człowiek znajdujący się w dramatycznej sytuacji finansowej. Twierdził, że nie jest w stanie spłacić długu i w każdej chwili może zostać objęty egzekucją komorniczą. W związku z tym oczekiwał od wicepremiera pożyczki, którą – jak zapewniał – zamierzał oddać w całości. Propozycja była jednak nietypowa i precyzyjnie rozpisana w szczegółach.
Anonimowy nadawca wskazał dokładną datę, godzinę i miejsce, w którym Jaroszewicz miał zostawić torbę z dużą sumą pieniędzy. Całość przypominała scenariusz z kryminału: określone skrzyżowanie, instrukcje dotyczące dalszej trasy przejazdu i warunek, że nikt nie może obserwować przekazania pakunku. Już samo to wzbudzało poważne obawy.
Sytuacja stała się jeszcze groźniejsza, gdy autor listu przeszedł od próśb do otwartych gróźb. Zapowiedział porwanie młodszego syna polityka, Jana, jeśli żądanie nie zostanie spełnione. Groźba wydawała się realna, ponieważ autor listu wiedział, gdzie chłopiec chodzi do szkoły, że należy do harcerstwa. Była tym bardziej wstrząsająca, że nawiązywała do głośnej zbrodni sprzed lat – uprowadzenia i zabójstwa syna jednego z prominentnych działaczy politycznych. Nie był to więc pusty straszak, lecz świadome odwołanie do traumy, która wciąż była żywa w pamięci elit PRL.
Milicyjna operacja i śledztwo bez rozwiązania
Z uwagi na powagę sytuacji sprawa natychmiast trafiła do milicji. W porozumieniu z funkcjonariuszami zdecydowano się na kontrolowaną akcję. Jaroszewicz pojechał we wskazane miejsce, zostawiając torbę dokładnie tam, gdzie zażądał tego anonim. W rzeczywistości nie było w niej pieniędzy, a cała okolica została dyskretnie obstawiona przez funkcjonariuszy w cywilnych ubraniach.
W trakcie obserwacji doszło jednak do zdarzenia, które do dziś budzi wątpliwości. W pobliżu pojawiła się starsza kobieta, która przez chwilę kręciła się w okolicy pozostawionej torby, po czym odeszła. Po pewnym czasie wróciła w to samo miejsce, ale znów nie podjęła paczki i oddaliła się. Mimo podejrzanego zachowania nie została ani wylegitymowana, ani objęta obserwacją. Do wyznaczonej godziny nikt już się nie pojawił, a torba pozostała nietknięta.
Po nieudanej próbie schwytania sprawcy milicja skupiła się na analizie listu. Zabezpieczono odciski palców i rozpoczęto badanie pisma. Na szeroką skalę pobierano próbki charakteru pisma, m.in. w szkole, do której uczęszczał syn Jaroszewicza, a także w jego najbliższym otoczeniu. Ostatecznie ustalono jedynie, że autor najprawdopodobniej pisał lewą ręką, choć na co dzień był praworęczny. To ustalenie nie doprowadziło jednak do identyfikacji sprawcy, a sprawa pozostała jedną z najbardziej tajemniczych historii z życia człowieka, który przez lata stał na samym szczycie władzy PRL.