Pamiętasz te smaki? Słodycze z PRL, które znał każdy

Słodycze z PRL-u nie miały luksusowych składów ani designerskich papierków — często robiło się je z najprostszego cukru i pakowało w byle co. A jednak wystarczy jedno wspomnienie, by wrócił ten smak, którego dziś próżno szukać na półkach. Blok czekoladowy, słodkie napoje Ptyś i oranżada, owocowe cukierki, Irysy, a nawet legendarne ciepłe lody… niektóre z tych hitów były marzeniem każdego dzieciaka, inne smakowały jak mały luksus w szarej codzienności. Za chwilę poznasz TOP 10 słodkości PRL i sprawdzisz, co naprawdę dało się kupić w osiedlowym sklepiku — oraz które marki zniknęły bez śladu, a które wciąż potrafią zaskoczyć tym samym, niepodrabialnym smakiem.
- Słodycze z PRL: kultowe smaki i marki
- Słodycze z PRL, które kochały dzieci
- Słodycze z PRL, które przetrwały do dziś
- Słodycze z PRL: krówki i irysy
- Słodkie napoje PRL: oranżada i saturator
Słodycze z PRL: kultowe smaki i marki
W czasach PRL-u słodycze kochano nie mniej niż dziś. Na wielu ulicach działały cukiernie, w których można było kupić klasyczne ciastka „za grosze” i zamówić ciasta albo tort na rodzinne przyjęcie — choć najczęściej i tak królowały wypieki z domowej blachy. Dziś takich miejsc jest coraz mniej, a prawdziwie tradycyjne polskie ciastka „jak kiedyś” trafiają się już tylko tu i ówdzie. Wtedy wybór nie był tak ogromny jak obecnie: słodycze nie kusiły feerią barw ani wyszukanym wyglądem, często lądowały w prostym, mało efektownym papierze. Za to wiele osób wspomina, że miały krótszy skład i mniej sztucznych dodatków niż współczesne odpowiedniki.
Z dostępnością bywało różnie. Najczęściej zwykłym rodzinom i dzieciom pozostawały tańsze wyroby cukrowe albo produkty czekoladopodobne, które dało się dostać w osiedlowych sklepikach. Prawdziwa czekolada była droga i nie zawsze osiągalna. W latach 80. na kartki kupowało się niemal wszystko — także słodycze. W korzystniejszej sytuacji bywali ci, którzy nie palili i nie pili, bo mogli wymieniać kartki na papierosy i alkohol na coś słodkiego.
Część marek z czasów PRL przetrwała do dziś, inne zniknęły bez śladu. W tamtej rzeczywistości często tworzono tańsze „odpowiedniki Zachodu” — nie identyczne, ale na tyle podobne, by dało się poczuć, że też mamy coś swojego. Nie było prawdziwej czekolady? Pojawiały się wyroby czekoladopodobne. Lody kupowało się głównie latem, a w sklepach kusiły też słynne ciepłe lody. Coca-coli brakowało, więc powstała polokokta o zbliżonym smaku.
TOP 10 słodkości PRL:
- cukierki Irysy,
- wafelki Andruty,
- guma do żucia Donald i Turbo,
- ciepłe lody,
- lody Bambino,
- blok czekoladowy,
- kolorowe galaretki Cytruski obsypane cukrem,
- cukierki Krówki,
- ptasie mleczko,
- oranżada w proszku.
Co ciekawe, wiele najbardziej kultowych słodyczy z PRL-u wciąż jest produkowanych — tym bardziej że miłośnicy dawnych smaków chętnie je odświeżają i próbują przywracać do sprzedaży zapomniane przysmaki.
Słodycze z PRL, które kochały dzieci
Słodycze kochają niemal wszyscy, ale to dzieci najczęściej mogą pozwolić sobie na nie bez większych konsekwencji. W PRL-u rodzice nie mieli zbyt dużego wyboru ani budżetu na łakocie, o egzotycznych owocach też można było co najwyżej pomarzyć. Mimo to w osiedlowych sklepikach prawie zawsze dało się znaleźć proste, tanie słodkości, które dla najmłodszych były prawdziwą nagrodą.
Jednym z najbardziej charakterystycznych dziecięcych przysmaków były lizaki. W czasach PRL ogromną popularnością cieszyły się te „z kwiatkiem” — białe, cukrowe krążki ozdobione kolorowym kwiatuszkiem albo wzorem przypominającym przekrojoną cytrynę. Dzieci przepadały też za cukierkami, a babcie i dziadkowie niemal zawsze nosili w kieszeniach zapas landrynek „na wszelki wypadek”. Najbardziej kusiły owocowe cukierki w papierkach z nadrukowanymi owocami, a prawdziwym hitem były kolorowe galaretki w kształcie półkrążków, obsypane cukrem i znikające z dłoni w kilka chwil.
Na festynach, piknikach i wszędzie tam, gdzie pojawiały się rodziny z dziećmi — przy zoo czy wesołych miasteczkach — niemal obowiązkowo sprzedawano watę cukrową na patyku. Dla najmłodszych frajdą było nie tylko jej jedzenie, ale też samo podglądanie, jak z wirującej maszyny powstaje puszysta chmurka. Wata cukrowa jest z nami do dziś i nadal robi furorę na różnych wydarzeniach, choć teraz często mieni się kolorami. Kiedyś była po prostu jedna: klasycznie biała.
Słodycze z PRL, które przetrwały do dziś
Marki ze świata PRL, które przetrwały do dziś:
- Delicje Szampańskie,
- Prince Polo,
- Ptasie mleczko,
- cukierki Krówki
- cukierki Irysy,
- lody Bambino.
Kultowe Ptasie Mleczko wciąż jest na sklepowych półkach i nadal zachwyca charakterystycznym smakiem, który wiele osób pamięta z dzieciństwa. Ten słodki klasyk narodził się w największej fabryce słodyczy E.Wedel, działającej jeszcze od XIX wieku. W czasach PRL zakład został znacjonalizowany i otrzymał nazwę 22 lipca.
W PRL sporą popularnością cieszyły się też wafle, a na ich bazie powstawały słodycze robione nawet w niewielkich, prywatnych zakładach. Największą sławę zdobyło Prince Polo: chrupiące wafle przełożone masą orzechową i oblane czekoladową polewą, które do dziś ma wiernych fanów.
W latach 60. władze PRL sprowadziły maszyny do produkcji lodów, co pozwoliło wystartować z wytwarzaniem legendarnych lodów Bambino. Za ich produkcję odpowiadały spółdzielnie mleczarskie. Bambino na patyku było pokryte z wierzchu czekoladą, która przy jedzeniu przyjemnie chrupała. Lody można było kupić niemal wszędzie, a wielu do dziś wspomina lodziarzy z pudłami, którzy spacerując po plaży, wołali: „Lody, lody, Bambino lody”. Co ciekawe, Bambino nadal jest produkowane.
Lody w PRL kojarzyły się głównie z latem, dlatego powstał pomysł na “ciepłe lody” — deser tylko z nazwy lodowy, ale wyglądający niemal identycznie. Waflowy kubeczek jak od lodów wypełniano słodką pianką i polewano czekoladową masą. I tu kolejna niespodzianka: ciepłe lody wciąż można kupić.
Nie można pominąć także słynnego bloku czekoladowego, który dało się znaleźć w praktycznie każdym sklepie. Mimo to wiele osób przygotowywało go samodzielnie w domu, bo przepis był prosty i dawał sporo swobody. Dzisiaj również bez problemu zrobisz własny blok czekoladowy: wystarczy masło, cukier, mleko w proszku, kakao, a do tego bakalie oraz pokruszone ciasteczka.
Słodycze z PRL: krówki i irysy
W czasach PRL-u w sklepach dało się kupić wiele różnych słodyczy i, jak na tamte realia, wybór potrafił zaskakiwać. Największą popularnością cieszyły się cukierki — większość osób nosiła je w kieszeni, a w niemal każdym domu stały na stole w kryształowej misie, „dla gości”. Mało kto wtedy myślał o tym, że to przekąski kaloryczne i niezbyt zdrowe. Zresztą w PRL-owskiej Polsce otyłość nie była częstym problemem.
Krówki powstają z prostych składników: cukru, mleka i masła. Kiedy masa odpowiednio zgęstnieje i „dojdzie”, tnie się ją na kawałki i zawija w charakterystyczne papierki. Ich wytwarzanie rozpoczął w latach 20. Feliks Pomorski — nie przerwał produkcji ani w czasie wojny, ani po nacjonalizacji. Kontynuował wyrób krówek, a firma działa do dziś. Do dziś wytwarza się także kultowe cukierki Irysy.

Słodkie napoje PRL: oranżada i saturator
Nie tylko dzieci, ale i dorośli mają słabość do słodkich napojów. W PRL wybór był jednak skromny i najczęściej kończyło się na oranżadzie albo wodzie z dodatkiem soku. W niemal każdym sklepie stała orzeźwiająca, mocno słodka oranżada w charakterystycznych szklanych butelkach z drucianym, zaciskowym kapslem — prawdziwy hit, który kochali wszyscy. Rodzice nie nadążali z kupowaniem tylu butelek, ile chciały dzieci, więc pojawiła się tańsza alternatywa: oranżada w proszku. Wystarczyło wsypać ją do wody, by powstał słodki napój. Tyle że dzieci często nie czekały na rozrobienie — wysypywały zawartość torebki na dłoń i po prostu zlizywały cukrowy proszek.
Warto też pamiętać, że już w PRL działała zasada „zero waste”, choć nikt tak tego wtedy nie nazywał. Napoje sprzedawano w zwrotnych, szklanych butelkach wielokrotnego użytku. Przy zakupie płaciło się kaucję, a po oddaniu butelek w sklepie można było ją odzyskać. Żeby nie tracić czasu i nie płacić kaucji „na zapas”, wiele osób wypijało napój pod sklepem i od razu oddawało pustą butelkę. PRL miał też własne pomysły na wygodę: oranżada bywała sprzedawana w plastikowej torebce, do której dołączano słomkę.
Wiosną i latem jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazków PRL były saturatory. Dziś to urządzenie niemal zniknęło z pamięci, a kiedyś było stałym punktem na ulicach. Saturator to wózek serwujący wodę sodową — czystą albo z sokiem. Za czystą płaciło się 50 groszy, a za wersję z sokiem 1 zł. Jednorazowych kubków wtedy nie było. Pan obsługujący saturator odwracał szklankę do góry dnem, przykładał do dyszy z małą fontanną i naciskał — w ten sposób naczynie było płukane po każdym kliencie. Higiena pozostawiała sporo do życzenia, ale w upalne dni i tak ustawiały się kolejki. Z czasem saturatory wyparły automaty na zasadzie „wrzuć monetę”, ze szklanką przypiętą do łańcuszka.
Coca-cola przez długi czas funkcjonowała głównie jako telewizyjny symbol „zgniłego Zachodu”. Żeby pokazać, że u nas też da się zrobić podobny napój, stworzono zamiennik o nazwie Polo Cocta, którego smak miał przypominać oryginał. Mimo podobieństw nie zrobił wielkiej kariery i dość szybko zniknął z rynku. Co ciekawe, później podejmowano kilka prób wskrzeszenia tej marki.
W latach 80. ogromną popularność zdobył kultowy napój Ptyś, produkowany przez firmę Tarczyn. Słodkie Ptysie piło się na co dzień i na imprezach, a w sklepach były niemal wszędzie. Niestety, na początku lat 90. ten napój zniknął z półek.