Zamknięty w psychiatryku stworzył arcydzieło. Prawda o van Goghu zaskakuje

Samookaleczenie, pobyty w szpitalach psychiatrycznych i śmierć w wyniku postrzału sprawiły, że na długie lata utrwalił się jego wizerunek jako malarza opętanego chorobą umysłową. Jednak najnowsze badania i reinterpretacja dostępnych źródeł sugerują, że rzeczywistość była znacznie bardziej złożona. Van Gogh najprawdopodobniej nie był chory psychicznie w potocznym rozumieniu tego słowa. Jego stan – choć dramatyczny – miał podłoże neurologiczne, a epizod z obciętym uchem do dziś budzi wątpliwości jego biografów historyków sztuki.
- Dziedziczna przypadłość
- Neurologiczny obraz choroby
- Tajemnica obciętego ucha
- Diagnoza i leczenie
- Twórczość w cieniu ataków
Dziedziczna przypadłość
Przez dekady wśród badaczy twórczości van Gogha przewijało się kilkadziesiąt różnych diagnoz – od schizofrenii, przez chorobę afektywną dwubiegunową, po zatrucie farbami i skutki nadużywania absyntu. Tymczasem w dokumentacji medycznej artysty, a także w historii jego rodziny, od dawna istniał trop, który dziś zyskuje na znaczeniu. Już lekarze, którzy opiekowali się van Goghiem za życia, zwracali uwagę na dziedziczne obciążenia, a jeden z nich – dr Théophile Peyron ze szpitala w Saint-Rémy-de-Provence – wprost stwierdził, że artysta cierpi na epilepsję.
Analiza drzewa genealogicznego van Gogha pokazuje, że padaczka występowała u kilku jego bliskich krewnych. Ze strony matki chorował na nią dziadek Willem Carbentus, którego późniejsze życie zakończyło się w otępieniu oraz ciotka Clara. W rodzinie ojca epilepsja dotknęła stryja Heina, u którego pierwsze ataki pojawiły się po trzydziestce, a choroba doprowadziła go do przedwczesnej śmierci. Stryj Jan z kolei pierwsze napady miał około czterdziestego roku życia. W świetle współczesnej wiedzy medycznej obraz ten ukazuje wyraźnie dziedziczny charakter schorzenia.
Neurologiczny obraz choroby
Współcześni specjaliści, analizując szczegółowe opisy zachowań artysty zawarte w jego listach do brata Theo oraz w relacjach świadków, coraz częściej wskazują na epilepsję płata skroniowego. Choroba ta w XIX wieku była systematycznie mylona z zaburzeniami psychicznymi, głównie ze względu na dramatyczne objawy towarzyszące napadom: omamy, stany lękowe, a czasem nagłe wybuchy agresji lub głęboka apatia. U van Gogha ataki pojawiały się nagle, często po okresach intensywnej pracy twórczej, a ich przebieg – opisany przez samego malarza jako „nieznane duchowe męczarnie” – idealnie wpisuje się w symptomatykę tego schorzenia.
Warto podkreślić, że pomiędzy napadami artysta funkcjonował w pełni sprawnie intelektualnie, malował z niesłabnącą pasją i prowadził bogatą korespondencję. Świadczy to o tym, że nie była to postępująca choroba psychiczna niszcząca osobowość, lecz schorzenie o charakterze napadowym. Van Gogh zdawał sobie sprawę z własnego stanu i często wyrażał frustrację z powodu ataków, które odbierały mu czas i energię potrzebną do pracy. Jego walka nie toczyła się więc z „szaleństwem” w sensie mentalnym, lecz z realną, diagnozowalną dziś przypadłością.

Tajemnica obciętego ucha
Incydent z 23 grudnia 1888 roku od dawna obrósł legendą. Według najbardziej rozpowszechnionej wersji sfrustrowany i chory van Gogh miał zagrozić Paulowi Gauguinowi brzytwą, po czym w panice obciął sobie lewe ucho i wręczył je potem prostytutce w miejscowym domu publicznym. Przez lata utrzymywało się przekonanie, że był to akt szaleństwa, choć sam artysta później precyzował, że chodziło jedynie o dolną część małżowiny usznej.
Nowe ustalenia, które ujrzały światło dzienne podczas wystawy w Muzeum van Gogha w Amsterdamie w 2016 roku, przyniosły zaskakujące dowody. Odnaleziona w amerykańskim archiwum notatka z rysunkiem autorstwa doktora Félixa Reya – lekarza, który opatrywał artystę w szpitalu w Arles – jednoznacznie wskazuje, że ucho zostało odcięte w całości, a nie jedynie naderwane. Rey, który w owym czasie miał okazję bezpośrednio oglądać ranę, pozostawił precyzyjny szkic objaśniający uszkodzenie. To odkrycie podważyło wiele wcześniejszych spekulacji i skłoniło badaczy do ponownego przeanalizowania tamtych wydarzeń.
Jeszcze dalej idącą hipotezę przedstawili biografowie Steven Naifeh i Gregory White Smith, autorzy głośnej książki Van Gogh. Życie. Ich zdaniem artysta wcale nie dokonał samookaleczenia, lecz został postrzelony lub zraniony przez kogoś innego. Wskazywali na szesnastoletniego René Secretana – jednego z młodych ludzi, z którymi van Gogh spędzał czas w Arles. Według tej wersji do zdarzenia doszło podczas niefortunnej zabawy lub w wyniku awarii broni, a malarz – być może chcąc chronić sprawcę – zdecydował się zataić prawdę.
Diagnoza i leczenie
W XIX wieku epilepsja nie była traktowana jako choroba neurologiczna, lecz często zaliczana do grupy zaburzeń psychicznych. Pacjentów izolowano, stosowano wobec nich surowe metody, a same napady traktowano jako przejaw obłędu. Van Gogh, trafiając do szpitala w Saint‑Rémy, znalazł się w systemie, który nie potrafił właściwie zdiagnozować jego problemu ani skutecznie mu pomóc. Dziś wiadomo, że stosowane wówczas terapie – w tym izolacja, ograniczenie swobody czy kąpiele w zimnej wodzie – nie tylko nie przynosiły poprawy, ale często dodatkowo destabilizowały pacjenta.
Artysta sam doświadczał tego na własnej skórze. Mimo że w okresach między napadami mógł swobodnie tworzyć, lekarze nieraz zakazywali mu malowania, uznając to za przyczynę jego stanu. Po jednym z ataków, gdy połknął farby, dr Peyron stwierdził, że u podstaw kryzysu leży „obsesja związana z malowaniem” i czasowo odebrał mu przybory. Dla van Gogha, który całą swoją tożsamość budował na sztuce, taki zakaz był nie tylko frustrujący, ale wręcz szkodliwy psychicznie. Z perspektywy współczesnej medycyny widać wyraźnie, że ówczesne metody leczenia nie wynikały ze złośliwości, lecz z niewiedzy – epilepsję mylono z chorobą psychiczną, a jej objawy interpretowano przez pryzmat chorobliwej „nadwrażliwości” artysty.
Twórczość w cieniu ataków
Po śmierci van Gogha narracja o jego chorobie uległa znacznym przeobrażeniom. W pierwszych dekadach XX wieku, wraz z rosnącą sławą artysty, utrwalił się wizerunek cierpiącego geniusza – romantyczna figura twórcy, który za swoje dzieło zapłacił zdrowiem psychicznym. Dopiero w ostatnich dekadach historycy sztuki i medycy zaczęli na nowo analizować źródła, a odkrycie listu z rysunkiem doktora Reya oraz wnikliwe zbadanie historii rodzinnej van Gogha pozwoliły odsunąć romantyczne mity.
Dziś coraz częściej podkreśla się, że artysta cierpiał na źle leczoną przypadłość neurologiczną, a jego historia to nie opowieść o szaleństwie, lecz o zmaganiu się z chorobą w czasach, gdy medycyna nie potrafiła skutecznie pomóc pacjentowi. Ta zmiana perspektywy pozwala spojrzeć na van Gogha nie jak na obłąkanego malarza, lecz artystę, który mimo przeciwności konsekwentnie realizował swoją wizję – a jego dzieła są świadectwem niezłomnej woli tworzenia, nie zaś zapisem psychicznego rozkładu.
Źródła:
- Naifeh S., Smith G.W., Van Gogh. Życie, Warszawa 2017.
- https://niezlasztuka.net/o-sztuce/vincent-van-gogh-artysta-o-wielu-twarzach/
- https://rynekisztuka.pl/2016/07/13/nowe-badania-dotyczace-choroby-van-gogha-prezentowane-na-wystawie-w-arles/
- https://www.vangoghmuseum.nl/en/art-and-stories/vincents-life-1853-1890