Ludzie zbierali się, by go słuchać. Tak „Znachor” podbił przedwojenną Polskę

Odrzucony przez producentów filmowych scenariusz stał się początkiem jednego z największych fenomenów literackich dwudziestolecia międzywojennego. „Znachor” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza nie tylko podbił serca milionów czytelników, ale na lata ukształtował wyobraźnię Polaków – najpierw jako powieść, później jako kultowe ekranizacje. Dlaczego historia profesora Wilczura wciąż nas wzrusza i skąd wzięła się „znachoromania”, która ogarnęła przedwojenną Polskę?
- Nietrafiony scenariusz
- „Znachor” jak świeże bułeczki
- Między krytyką a uwielbieniem
- Profesor Wilczur jako bohater ludowy
- Filmowe losy znachora – od Waszyńskiego do Hoffmana
- Jerzy Bińczycki – filmowa twarz profesora Wilczura?
- Fenomen nie ustaje
Nietrafiony scenariusz
Gdyby nie odrzucenie scenariusza, być może nigdy nie powstałaby jedna z najpoczytniejszych polskich powieści dwudziestolecia międzywojennego. Tadeusz Dołęga-Mostowicz, już wówczas uznany autor „Kariery Nikodema Dyzmy”, usłyszał od producenta filmowego, że jego pomysł na historię profesora, który traci pamięć i zostaje znachorem, jest po prostu… nieudany. Brakowało mu zdaniem ekspertów dramaturgii i suspensu. Dziś wiemy, że była to pomyłka równie spektakularna, co ta, która spotkała głównego bohatera powieści.
Mostowicz jednak nie dał za wygraną. Przerobił scenariusz na powieść, która najpierw ukazywała się w odcinkach w „Wieczorze Warszawskim”, a później podbiła cały kraj. Co sprawiło, że historia Rafała Wilczura – chirurga, który po traumatycznych przeżyciach traci pamięć i jako prosty znachor odmienia życie mieszkańców zapadłej wsi – tak bardzo poruszyła przedwojennych czytelników? I dlaczego osiemdziesiąt lat później wciąż do niej wracamy?
„Znachor” jak świeże bułeczki
Dołęga-Mostowicz napisał „Znachora” podczas wakacji w Sikorzu, w majątku państwa Piwnickich. To tam poznał słynącego z ziołolecznictwa młynarza Różyckiego z oddalonych o dziesięć kilometrów Radotek. Postać autentycznego uzdrowiciela, u którego tłumnie leczyli się wieśniacy zamiast u drogich i mało skutecznych lekarzy, stała się iskrą zapalną dla wyobraźni pisarza. Do inspiracji dołożyła się również notatka prasowa o doktorze Ferdynandzie Dolanim – absolwencie medycyny, który w małopolskim Borku udawał znachora, bo dzięki temu… miał więcej pacjentów.
Kiedy powieść zaczęła ukazywać się w odcinkach, wydarzyło się coś niespodziewanego. Do pisarza zaczęły docierać wieści, że w wielu wsiach ludzie prenumerują gazetę tylko po to, by zbierać się u sąsiada potrafiącego czytać i słuchać „Znachora” na głos. Sukces był tak ogromny, że producenci filmowi, którzy jeszcze rok wcześniej odrzucali scenariusz, teraz ustawiali się w kolejce do Mostowicza z czekami w ręku.

Między krytyką a uwielbieniem
Elity literackie dwudziestolecia międzywojennego nie kryły pogardy dla Mostowicza. Nazywano go „pisarzem dla kucharek”, zarzucano mu epatowanie przemocą i erotyzmem, a jego książki określano mianem „pornografii”. Sam autor, choć niezwykle poczytny i majętny, cierpiał z powodu tego braku uznania. Krytycy ze świata literatury artystyczniej po prostu go nie dostrzegali lub celowo pomijali milczeniem.
Mostowicz jednak miał własną wizję misji pisarza. Uważał, że literatura popularna i film są doskonałymi wehikułami, aby docierać z wartościowym przekazem do tych, do których intelektualne elity nie chciały lub nie umiały dotrzeć. Wiedział, że siedemdziesiąt pięć procent ówczesnych Polaków stanowili chłopi, z których wielu nie potrafiło czytać. Postanowił więc stworzyć książkę, która trafi właśnie do nich – i to się udało. „Znachor” stał się epopeją polskiej wsi.
Profesor Wilczur jako bohater ludowy
Rafał Wilczur to niezwykła postać. Renomowany chirurg, który po stracie żony i córki traci również pamięć, a odzyskuje ją dopiero po latach, gdy jako wiejski znachor dokonuje rzeczy niemożliwych. Co ważne – Mostowicz nie przedstawia chłopów w sposób protekcjonalny. To ludzie może niewykształceni, ale kierujący się wzniosłymi wartościami, lojalni, uczciwi i zdolni do wielkich poświęceń.
Wilczur, nawet po odzyskaniu pamięci, nie wraca arogancko do dawnego życia. Myśli o tym, że Polacy potrzebują powszechnej opieki medycznej, a nie tylko wirtuozowskich operacji. Jest inteligentem, jakiego polski lud chciałby mieć – oddanym, skromnym i bliskim prostym ludziom. Ta cecha sprawiła, że profesor stał się prawdziwym bohaterem narodowym, a „znachoromania” ogarnęła cały kraj.
Filmowe losy znachora – od Waszyńskiego do Hoffmana
Pierwsza ekranizacja powieści trafiła na ekrany już w 1937 roku. Reżyserem był Michał Waszyński, gwiazdor ówczesnego kina, a w rolę profesora Wilczura wcielił się znakomity Kazimierz Junosza-Stępowski. Film odniósł ogromny sukces kasowy, choć dziś dla wielu widzów może być zaskoczeniem – gra aktorska i tempo narracji są bowiem zupełnie inne niż we współczesnym kinie. W 1938 roku nakręcono nawet drugą część („Profesor Wilczur”), a rok później trzecią („Testament profesora Wilczura”).
Prawdziwą sławę przyniosła „Znachorowi” jednak adaptacja z 1981 roku w reżyserii Jerzego Hoffmana. To właśnie wersja z Jerzym Bińczyckim w roli głównej na stałe wrosła w świadomość Polaków. Choć Hoffman zmagał się wówczas z politycznymi przeciwnościami (jego poprzedni film o bitwie pod Lenino ściągnął na niego gromy zarówno władzy, jak i opozycji), to właśnie „Znachor” okazał się strzałem w dziesiątkę. Film zgromadził w kinach blisko 6 milionów widzów.
Jerzy Bińczycki – filmowa twarz profesora Wilczura?
Jerzy Bińczycki, krakowski aktor teatralny, kreacją Wilczura stworzył postać, którą do dziś wspomina się z rozrzewnieniem. Hoffman pytany o fenomen Bińczyckiego, przyznawał: „Po dziś dzień nie wiem, jakim aktorem był Bińczycki. Na pewno był szlachetnym człowiekiem. To z niego emanowało. Przed kamerą zawsze wydawał się niesłychanie prawdziwy”.
Ta prawda i autentyzm – brak aktorskiej maniery, naturalna dobroć bijąca z ekranu – sprawiły, że widzowie uwierzyli w jego filmową postać bez reszty. Bińczycki zmarł w 1998 roku, ale Wilczur wciąż żyje w telewizyjnych powtórkach. Co ciekawe, w filmie Hoffmana debiutował wtedy młody Artur Barciś, a u boku Bińczyckiego zagrali Anna Dymna i Tomasz Stockinger.
Fenomen nie ustaje
W 2023 roku „Znachor” ponownie trafił na małe ekrany – tym razem jako produkcja Netfliksa w reżyserii Michała Gazdy. Fakt, że po osiemdziesięciu sześciu latach od premiery powieści wciąż powstają jej nowe adaptacje, świadczy o niezwykłej żywotności przedwojennego dzieła. Równolegle Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny przeprowadziła cyfrową rekonstrukcję przedwojennej wersji z 1937 roku, przywracając blask jednemu z najważniejszych tytułów polskiego kina międzywojennego.
Co sprawia, że „Znachor” nie starzeje się tak bardzo, jak inne przedwojenne powieści? Odpowiedź jest prosta: to „baśń” o tym, że ludzie – wbrew pozorom – są dobrzy. Profesor Wilczur, nawet gdy traci wszystko, nie traci człowieczeństwa. A jego historia, choć miejscami naiwna i przesycona pretensjonalnymi zbiegami okoliczności, niesie ze sobą uniwersalne przesłanie: warto być dobrym, a miłość i uczciwość w końcu zwyciężają.
Źródła:
- Górski J., Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, Warszawa 2021.
- https://culture.pl/pl/tworca/tadeusz-dolega-mostowicz
- https://jedynka.polskieradio.pl/artykul/3249652,Biograf-Do%C5%82%C4%99gi-Mostowicza-o-powstaniu-Znachora-i-znachoromanii
- https://www.tvp.pl/73179743/film-znachor-z-jerzym-binczyckim-klasyka-kina-w-tvp-vod