Wierzyli w dwóch bogów i reinkarnację. Kościół krwawo się z nimi rozprawił

Średniowiecze nie bez powodu nazywane jest epoką wiary. Religia przenikała każdą dziedzinę życia, a Kościół katolicki sprawował niepodzielną władzę nad duszami wiernych. A jednak w XII i XIII wieku w sercu chrześcijańskiej Europy pojawili się ludzie, którzy odważyli się powiedzieć „nie”. Nie dość, że wierzyli w reinkarnację oraz dwóch bogów i głosili własną wersję ewangelii, to jeszcze swoim ubóstwem zawstydzali biskupów i księży. Kim byli katarzy i dlaczego Kościół nie mógł ich tolerować?
- Skąd się wzięli „czyści”
- Bóg dobry, bóg zły
- Wiara dwóch prędkości
- Herezja równości
- Papież traci cierpliwość
- Przykładna rzeź
- Ostatni bastion
Skąd się wzięli „czyści”
Nazwa „katarzy” pochodzi od greckiego słowa katharoi, czyli właśnie „czyści”. We Francji częściej mówiono o nich „albigensi” – od miasta Albi, wokół którego ruch był szczególnie silny.
Korzeni kataryzmu badacze doszukują się na Bałkanach, u bogomiłów – ruchu religijnego, który łączył chrześcijaństwo z dualistyczną wizją świata zaczerpniętą z manicheizmu. Na Zachód idee te trafiły za sprawą wędrownych kupców i kaznodziejów, a podatny grunt znalazły w południowej Francji. To właśnie Langwedocja stała się kolebką europejskiego kataryzmu. Region był wówczas zamożny, stosunkowo tolerancyjny, a miejscowa arystokracja nie pałała sympatią do kościelnej hierarchii z Północy. Gdy więc pojawili się ludzie mówiący o potrzebie powrotu do ewangelicznego ubóstwa, spotkali się z życzliwym przyjęciem.
Bóg dobry, bóg zły
Serce katarskiej doktryny biło w rytmie skrajnego dualizmu. Dla albigensów świat był areną walki dwóch równorzędnych bogów: dobrego, który stworzył świat duchowy i złego – odpowiedzialnego za materię. Cała rzeczywistość materialna, łącznie z ciałem człowieka, pochodziła od złego stwórcy i jako taka była z natury zła.
Katarzy patrzyli na otaczający ich świat i widzieli w nim przede wszystkim cierpienie, niesprawiedliwość i zło. Jak pogodzić to z ideą wszechdobrego Boga? Ich odpowiedź była radykalna: nie da się tego pogodzić, jeśli uzna się, że Bóg jest jedynym stwórcą. Świat materialny musiał więc powstać z innego źródła. Jezus dla katarów nie był Bogiem wcielonym, bo Bóg nie mógł przyjąć na siebie zła materii. Był najdoskonalszym z aniołów, który przyszedł nauczyć ludzi, jak uwolnić uwięzionego w ciele ducha.

Wiara dwóch prędkości
Kataryzm miał jedną cechę, która decydowała o jego atrakcyjności, ale i ostatecznej słabości – podzielony był na dwie grupy. Zdecydowaną większość stanowili tak zwani „wierzący”. Prowadzili zwyczajne życie: zakładali rodziny, jedli mięso, pili wino, pracowali i handlowali. Od wierzących nikt nie wymagał heroicznej ascezy. Wystarczyło, że otaczali szacunkiem duchową elitę i starali się żyć przyzwoicie.
Tą elitą byli „doskonali” – mężczyźni i kobiety, którzy zdecydowali się na radykalne kroki. Przyjmowali oni sakrament consolamentum, czyli „pocieszenie”, który oczyszczał ich i wprowadzał w grono prawdziwych wyznawców. Od tej pory obowiązywały ich surowe reguły: zakaz spożywania mięsa i wszelkich produktów pochodzenia zwierzęcego (jaj, mleka), całkowita wstrzemięźliwość seksualna, liczne posty i modlitwy. „Doskonali” żyli w ubóstwie, utrzymując się z jałmużny i pracując fizycznie. Wędrowali od miasta do miasta, nauczając i pocieszając chorych. Ich postawa budziła autentyczny podziw w społeczeństwie zmęczonym bogactwem i pychą części katolickiego kleru.
Herezja równości
W świecie katarów kobiety miały pozycję, o jakiej w ówczesnym Kościele mogły jedynie marzyć. Owszem, katolicyzm czcił Matkę Boską i znał święte zakonnice, ale w kwestii sprawowania władzy duchowej pozostawał nieugięty – kobieta nie mogła być kapłanem. U katarów było inaczej. Kobiety przyjmowały consolamentum na równi z mężczyznami, zostawały „doskonałymi”, prowadziły domy modlitwy i nauczały.
Co więcej, w katarskich wspólnotach nie istniał podział na duchownych i świeckich w takim sensie, w jakim znał go katolicyzm. Doskonali nie tworzyli odrębnego stanu, nie pobierali dziesięciny, nie budowali okazałych świątyń. Spotykali się w domach, pod gołym niebem, w jaskiniach. Dla zwykłych ludzi, którzy patrzyli na wystawne życie biskupów i opatów, była to różnica uderzająca.
Papież traci cierpliwość
Przez długi czas Kościół katolicki próbował zwalczać katarów metodami pokojowymi. Wysyłano legatów, organizowano dysputy, wzywano do nawrócenia. Bez skutku. Co gorsza, kataryzm zyskiwał coraz więcej zwolenników, także wśród możnych. W 1208 roku miało miejsce wydarzenie, które przelało czarę goryczy. Zamordowany został legat papieski Piotr z Castelnau, a o zbrodnię podejrzewano otoczenie hrabiego Tuluzy Rajmunda VI.
Papież Innocenty III nie miał wątpliwości – to czas na radykalne kroki. Ogłosił krucjatę przeciwko heretykom. Nie do Ziemi Świętej, ale w samo serce Europy. Dla rycerzy z północy Francji była to doskonała okazja: papież obiecywał takie same odpusty jak za wyprawę do Jerozolimy, a przy okazji można było zagarnąć majątki bogatych panów z Południa. Krucjata albigeńska, bo tak ją nazwano, stała się jedną z najkrwawszych kart średniowiecza.
Przykładna rzeź
24 lipca 1209 roku krzyżowcy stanęli pod murami Béziers. Miasto było jednym z ośrodków kataryzmu, ale większość jego mieszkańców stanowili zwykli katolicy. Dowódcy krucjaty stanęli przed dylematem: jak odróżnić heretyków od wiernych synów Kościoła?
Odpowiedź legata papieskiego Arnauda Amalrica przeszła do historii jako symbol religijnego fanatyzmu: „Zabijcie wszystkich, Pan rozpozna swoje owce”. Armia krzyżowców wdarła się do miasta i wymordowała praktycznie wszystkich mieszkańców – według różnych źródeł od siedmiu do dwudziestu tysięcy osób. Kościół, który nauczał o miłosierdziu, dał światu lekcję brutalnej siły. Wieść o rzezi w Béziers rozeszła się po całej Langwedocji, siejąc postrach i łamiąc ducha oporu wielu miast.
Ostatni bastion
Przez dwadzieścia lat wojna pustoszyła południe Francji. Krzyżowcy, dowodzeni najpierw przez Szymona z Montfort, a później przez króla Francji, systematycznie przejmowali kontrolę nad kolejnymi regionami. Katarzy bronili się w swoich zamkach, ale siły były nierówne.
Symbolicznym końcem ich ruchu stała się twierdza Montségur. Przez dziewięć miesięcy, od maja 1243 do marca 1244 roku, garstka obrońców stawiała opór przeważającym siłom wroga. Gdy w końcu twierdza padła, zwycięzcy postawili obrońcom warunek: ci, którzy wyrzekną się herezji, będą mogli odejść wolno. Ponad dwustu doskonałych wybrało inną drogę. 16 marca 1244 roku wyprowadzono ich spod zamku, ułożono stosy i spalono żywcem. Dla katarów był to ostatni akt wiary – dowód, że duch jest silniejszy od materii, nawet gdy ta materia przybiera postać ognia.
Źródła:
- Barber M., Katarzy, Warszawa 2005.
- Pietras H., Herezje, Kraków 2019.
- Wickham C., Średniowieczna Europa, Warszawa 2025.