Ostatnie godziny komendanta Auschwitz. Odtajnione zdjęcia pokazują, co działo się przed szubienicą

Przez lata kierował największą machiną zagłady w historii ludzkości. Gdy w kwietniu 1947 roku Rudolf Höß stanął na szubienicy, jego proces i egzekucja stały się wydarzeniem bez precedensu. Dziś, dzięki odtajnionym fotografiom i dokumentom, możemy odtworzyć jego ostatnie godziny – pełne napięcia, kontrowersji i pytań, które wciąż pozostają bez odpowiedzi.
Przełożona egzekucja
Choć ekstradowanego do Polski zbrodniarza skazano go na śmierć 2 kwietnia, wykonanie wyroku nie było oczywiste. Część prokuratorów chciała opóźnić egzekucję, widząc w Hößie cennego świadka w planowanych procesach członków załogi Auschwitz. Ostatecznie jednak zapadła decyzja: były komendant miał zginąć tam, gdzie zginęły jego ofiary.
Początkowo planowano, że Höß zostanie powieszony 15 kwietnia. Miejsce wybrano nieprzypadkowo – plac naprzeciwko dawnej komendantury, gdzie podczas wojny mieściło się obozowe gestapo. Szybko jednak okazało się, że władze nie doceniły siły emocji, jakie wzbudzał skazaniec.
Pod bramy obozu zaczęły napływać tysiące ludzi. Byli wśród nich byli więźniowie, mieszkańcy okolicznych miejscowości, ale też zwykli ciekawscy. Nastrój groził przerodzeniem się w samosąd – rozwścieczony tłum mógł wyrwać Hößa strażnikom. Obawiając się chaosu, dowództwo zdecydowało się na niecodzienny manewr: udawano, że odwożą skazańca z powrotem do Wadowic, podczas gdy w rzeczywistości ukryto go w piwnicy budynku komendantury.
Egzekucję przesunięto o jeden dzień. Rankiem 16 kwietnia na miejscu czekała już tylko garstka upoważnionych osób – około stu sędziów, prokuratorów, funkcjonariuszy bezpieczeństwa i przedstawicieli byłych więźniów. Była to ostatnia publiczna egzekucja w Polsce, choć oficjalnie nazywano ją „kameralną”.
Rozmowa z jezuitą
Na kilka dni przed śmiercią Höß, przebywając w więzieniu w Wadowicach, poprosił o spotkanie z niemieckojęzycznym księdzem. Jego prośba zaskoczyła władze. Początkowo nikt nie wiedział, jak zareagować – czy to kolejna gra byłego nazisty, czy autentyczna potrzeba duchowego pojednania?
10 kwietnia do celi wszedł jezuita, ks. Władysław Lohn. Rozmowa trwała kilka godzin. Höß spowiadał się, wrócił do Kościoła katolickiego i przyjął komunię. Następnego dnia Lohn odwiedził go ponownie, tym razem z wiatykiem. Treść tych rozmów pozostała tajemnicą – zakonnik nigdy nie ujawnił szczegółów, a w gronie współbraci wspominał o swojej misji jedynie ogólnikowo.
Co ciekawe, w kręgach rządowych szybko pojawiły się podejrzenia. Ministerstwo Sprawiedliwości domagało się wyjaśnień, czy prokurator nie wpływał na religijne decyzje skazańca. Oskarżyciel Jan Mazurkiewicz stanowczo zaprzeczał, zapewniając, że przy każdej rozmowie obecny był naczelnik więzienia lub strażnik. Höß ostatecznie napisał list pożegnalny do żony i dzieci oraz krótkie oświadczenie, w którym prosił Naród Polski o przebaczenie.

Ostatnie słowa
Świadkowie zgodnie opisują, że rankiem 16 kwietnia Höß zachowywał się spokojnie. O ósmej przywieziono go na teren byłego obozu. W dawnej komendantury poprosił o szklankę kawy. Potem – już w celi – oczekiwał na wykonanie wyroku. Według niektórych relacji noc przed śmiercią spędził w Krakowie, w więzieniu Montelupich, jednak dokumenty są w tej kwestii rozbieżne.
O godzinie 10.00 wyprowadzono go na dziedziniec. Szedł pewnym, niemal paradnym krokiem – jakby chciał pokazać, że nawet w obliczu śmierci zachowuje żołnierski dryl. Miał skute ręce z tyłu, więc strażnicy pomogli mu wejść na stołek umieszczony na zapadni szubienicy. Obok stał ks. Tadeusz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, którego Höß poprosił o asystę.
Prokurator odczytał wyrok. Kat zarzucił pętlę. Skazaniec sam poprawił ją ruchem głowy. Wyrwany spod nóg stołek uderzył w klapę, która się otworzyła. Zegar wskazywał 10.08. Ksiądz zaczął modlitwę za konających. Lekarz stwierdził zgon o 10.21.
Tajne fotografie
Egzekucję fotografował Stanisław Dąbrowiecki, fotoreporter, któremu pozwolono uwiecznić to wydarzenie. W PRL przez kilkadziesiąt lat jego zdjęcia pozostawały niejawne. Negatywy przechowywano w sejfie Ministerstwa Sprawiedliwości, skąd zniknęły w nieznanych okolicznościach. Do dziś zachowało się jedenaście odbitek.
Dlaczego je utajniono? Władze obawiały się, że publikacja zdjęć mogłaby rozbudzić ponownie emocje i doprowadzić do samosądów na innych niemieckich zbrodniarzach. Ponadto po egzekucji Arthura Greisera w Poznaniu – gdzie tłumy zachowywały się jak na pikniku, a dzieci jadły lody, oglądając powieszenie – zapadła decyzja, aby egzekucje zbrodniarzy nie były już widowiskami.
Dziś te fotografie stanowią niezwykły dokument historyczny. Pokazują nie tylko samą śmierć Hößa, ale też chłód i precyzję, z jaką przeprowadzono wyrok – w kontraście do chaosu i cierpienia, które zgotował swoim ofiarom.
Co stało się z ciałem?
Zgodnie z protokołem zwłoki Rudolfa Hößa zostały spalone. Miejsce kremacji oraz to, gdzie ostatecznie trafiły prochy, owiane są tajemnicą. Większość źródeł wskazuje, że rozsypano je w pobliskiej rzece – prawdopodobnie Sole lub Wiśle – aby nie powstało żadne miejsce kultu ani cel pielgrzymek dla sympatyków nazizmu.
Decyzja ta była świadoma i przemyślana. Władze komunistycznej Polski, podobnie jak alianci, obawiały się, że grób komendanta Auschwitz mógłby stać się miejscem spotkań neonazistów. Tym samym Höß – który przez lata troszczył się o „porządek” w obozie śmierci – po śmierci nie zaznał nawet takiego spokoju, jakie zapewniano zwykłym więźniom.
Szubienica, na której go powieszono, stoi do dziś na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jest niemym świadkiem sprawiedliwości, która choć spóźniona, ostatecznie dopadła jednego z największych zbrodniarzy w dziejach.
Źródła:
- https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/zbrodnie-niemieckie/105324,Ostatnie-dni-komendanta-Auschwitz-Rudolfa-Ha.html
- https://wadoviana.eu/wp-content/uploads/2023/09/WADOVIANA_18_Marcin_Witkowski__R_Hoss_w_wadowickim_wiezieniu.pdf
- https://www.auschwitz.org/muzeum/aktualnosci/rudolf-hoess-komendant-auschwitz-na-szubienicy,458.html