Dwa Oscary i rola bez makijażu. Hollywood długo nie mogło jej wybaczyć

Nigdy nie pozwoliła, by Hollywood wcisnęło ją w gotową formę. Zamiast dopasowywać się do schematów, wybierała własną drogę — w życiu i na ekranie. Każdą kolejną rolą udowadniała, że potrafi śmiać się z siebie, łamać oczekiwania i grać wbrew temu, co „powinno się” robić w fabryce snów. Nawet gdy wypominano jej niekanoniczną urodę, jej talent mówił głośniej niż krytyka. Wychodziła daleko poza bezpieczne granice, potrafiła poruszać i inspirować, ale równie przekonująco budowała postaci niepokojące, ciemne, trudne do zapomnienia. Dziś Shelley Winters zbyt często znika z pamięci widzów — a przecież to ona w złotej erze Hollywood otworzyła drzwi do nowoczesnego, odważnego aktorstwa. I właśnie dlatego warto przyjrzeć się jej historii bliżej.
- Shelley Winters: aktorka wbrew systemowi
- Shelley Winters: role i odwaga w kinie
- Oscarem nagrodzona rola Shelley Winters
- Shelley Winters: talent ponad wizerunek
Shelley Winters: aktorka wbrew systemowi
Shelley Winters uchodziła za jedną z najciekawszych i najbardziej utalentowanych aktorek klasycznego Hollywood, choć rzadko ustawiano ją w samym centrum uwagi. Wybierała filmy łamiące schematy, nie miała oporów przed „oszpeceniem się” na potrzeby roli i konsekwentnie trzymała dystans do gwiazdorskiego przepychu. Dwa razy sięgnęła po Oscara, a przez siedem dekad z powodzeniem pracowała w kinie, telewizji i teatrze. Jej znakiem rozpoznawczym stały się wyraziste, pełne energii kobiety — często poranione przez życie, czasem tłumiące w sobie frustracje. Na ekranie była prawdziwa, podobnie jak poza nim. Dlatego zapisała się nie tylko w popkulturze, lecz także w historii ruchów feministycznych i walki o prawa obywatelskie.
Urodzona w 1920 roku, jako córka projektanta i wokalistki, Shelley (właściwie Shirley) mogła łatwo stać się kolejną ofiarą hollywoodzkiej machiny. Gdyby zabrakło jej odwagi, by iść pod prąd i nie podporządkować się cudzym oczekiwaniom, prawdopodobnie skończyłaby jak wiele aktorek zamkniętych w sztucznie wykreowanym wizerunku. Tymczasem studio Columbia, z którym podpisała kontrakt wkrótce po broadwayowskim debiucie w 1941 roku, próbowało uformować z Winters następną ekranową seksbombę: jasne loki, kuszące spojrzenie i przewidywalny zestaw ról.
Po kilku występach, które ograniczały jej możliwości, Shelley powiedziała „dość”. W 1951 roku — w czasach, gdy złota era Hollywood żywiła się blichtrem i pozorami — należała do nielicznych aktorek, które odważyły się pojawić na ekranie bez makijażu i bez efektownych stylizacji. Tak powstała jej rola „szarej myszki”, złamanej męską ignorancją, w przełomowym dla amerykańskiego kina „Miejscu pod Słońcem” George'a Stevensa — filmie rozprawiającym się z mitem tak zwanego amerykańskiego snu.
Jej bohaterka zostaje wykorzystana przez zagubionego karierowicza (Montgomery Clift), zachodzi z nim w nieplanowaną ciążę, a gdy w jego życiu pojawia się piękna dziedziczka (Elizabeth Taylor), mężczyzna zaczyna planować zabójstwo bezbronnej dziewczyny. Winters udowodniła w tej wymagającej roli, jak wielkie ma oddanie i jak blisko jej do ekranowego realizmu w duchu metody Actors Studio. Wytwórnia nie kryła niepokoju: wygląd aktorki daleki od filmowego „upiększania” miał rzekomo oznaczać szybki koniec jej popularności. Na szczęście krytycy — na długo przed dzisiejszymi standardami oceniania aktorstwa — potrafili dostrzec jej nieoczywistość i skupić się na warsztacie. Za „Miejsce pod Słońcem” Shelley Winters otrzymała swoją pierwszą nominację do Nagrody Akademii.

Shelley Winters: role i odwaga w kinie
Shelley Winters udowadniała, jak szerokim wachlarzem środków dysponuje. Potrafiła być delikatną i kruchą dziewczyną, awanturnicą, drażniącą frustratką, antybohaterką czy kobietą złamaną przez życie. Taka rozpiętość wcieleń imponuje tym bardziej, że w każdą postać — bez względu na jej moralny ciężar — wkładała całe serce i energię. Nic dziwnego, że zaczęto postrzegać ją jako aktorkę charakterystyczną; a właśnie taki typ obecności szczególnie ożywia drugi plan, gdzie lekko ekscentryczne figury potrafią pogłębić historię, nie rozbijając przy tym jej estetycznej spójności.
Jej aktorska klasa była trudna do podważenia, a wybory filmowe często splatały się z ważnymi tematami społecznymi. Dziś wiele tytułów z jej udziałem nazwalibyśmy wręcz „niehollywoodzkimi”. Były to produkcje odważne i przełomowe — sięgające po kwestie dotąd spychane na margines albo bezlitośnie punktujące hipokryzję zarówno amerykańskiego systemu, jak i samej Fabryki Snów.
W 1959 roku Shelley wcieliła się w Petronellę van Daan, ukrywającą się przed nazistami razem z rodziną Franków, w „Dzienniku Anny Frank”. Ta rola przyniosła jej Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Po odebraniu Złotego Rycerzyka Winters pokazała też swoją aktywistyczną hojność — przekazała statuetkę do amsterdamskiego muzeum upamiętniającego tragicznie zmarłą autorkę bodaj najsłynniejszego dziennika z czasów II wojny światowej.
Zaledwie trzy lata później pojawiła się w „Lolicie” (1962) Stanleya Kubricka, ekranizacji skandalizującej powieści Vladimira Nabokova. Na potrzeby tej kreacji przywdziała zupełnie inną maskę. Zagrała Charlotte Haze — matkę tytułowej Lolity, która za wszelką cenę próbuje uwieść ekranowego Humberta, zapatrzonego w jej córkę. W interpretacji Winters ta postać bywała jednocześnie irytująca i komiczna, tragiczna i odpychająca — a jednak spójna, jakby wszystkie sprzeczności składały się na jeden, pełny portret. W jej Charlotte wybrzmiewały też seksualne frustracje kobiety wypchniętej na margines z powodu dojrzałego wieku — nawet w tle Winters dotykała tematów, które wówczas pozostawały tabu.
Oscarem nagrodzona rola Shelley Winters
Za szokująco wiarygodny portret toksycznej matki w dramacie „W cieniu dobrego drzewa” (1965) Shelley sięgnęła po drugiego Oscara za rolę drugoplanową. Film Guya Greena, z Sidneym Poitierem — pierwszym Afroamerykaninem nagrodzonym Nagrodą Akademii za pierwszoplanową kreację — opowiada o niewidomej dziewczynie niszczonej przez własną rodzinę, której życie zaczyna się zmieniać dzięki czarnoskóremu pracownikowi biurowemu.
To kameralne kino było jednocześnie mocnym komentarzem wobec rasowych uprzedzeń i społecznej obojętności. W tej roli Shelley Winters doprowadziła do tego, że publiczność autentycznie jej nie znosiła — i właśnie o to chodziło. Jej (anty)bohaterka to rozwiązła alkoholiczka, która traktuje niepełnosprawną córkę jak służącą, dokładając do tego przemoc psychiczną i upokorzenia. Na ekranie jest celowo kłótliwa, rozchwiana i niechlujna w gestach: potyka się, przewraca, ośmiesza samą siebie, by do bólu podkreślić wynaturzenie postaci. Paradoksalnie poza planem Shelley aktywnie wspierała zarówno niezależność kobiet, jak i ruch praw obywatelskich, łącząc w swoich przekonaniach szacunek do drugiego człowieka z konsekwentnym umiłowaniem wolności.

Shelley Winters: talent ponad wizerunek
Z roli na rolę Shelley Winters odsłaniała mniej oczywiste oblicza, wybierając styl gry, na który wiele aktorek jej epoki nie odważyłoby się przystać. W czasach złotej ery Hollywood, gdy liczne gwiazdy pilnowały przede wszystkim nienagannego wizerunku, ona stawiała na prawdę i ryzyko. Nie bała się pokazać bez makijażu ani wejść w postać, która potrafiła wytrącić z komfortu zarówno ją samą, jak i publiczność.
Nie kierowała się kalkulacją ani „pewniakami” z myślą o kasowym sukcesie. W 1955 roku zagrała w reżyserskim debiucie Charlesa Laughtona „Noc myśliwego” — filmie, który w momencie premiery przegrał z oczekiwaniami widowni, a na miano arcydzieła musiał poczekać długie dekady. Winters potrafiła też zapłacić za rolę realną cenę. Przygotowując się do postaci uwielbianej przez widzów Belle Rosen w „Tragedii Posejdona” (1972), przytyła ponad 15 kilogramów i już w kolejnych latach nie zdołała ich w pełni zrzucić. Ciepła, rozbrajająco zabawna, a jednocześnie poruszająca Belle — jedna z ikon kina katastroficznego — znów okazała się wyzwaniem zupełnie innym niż wszystko, co wcześniej. Za tę kreację Shelley odebrała Złoty Glob.
Choć szybko odsunęła się od ekranowych propozycji w typie seksbomby, w życiu prywatnym nie unikała wielkich emocji. Czterokrotnie wychodziła za mąż. Pierwszym mężem był kapitan Mack Paul Mayer (1943-1948), który nie potrafił zaakceptować jej hollywoodzkiego trybu życia. Później przyszli aktorzy: Vittorio Gassman (1952-1954), z którym doczekała się jedynej córki, oraz Anthony Franciosa (1957-1960). Winters wierzyła, że mężczyzna z tej samej branży będzie gwarancją porozumienia, ale i tu górę wzięły różnice charakterów. Na łożu śmierci, zaledwie kilka godzin przed odejściem, 13 stycznia 2006 roku, Shelley poślubiła partnera Gerry’ego DeForda — mężczyznę, z którym tworzyła szczęśliwy związek przez ostatnie kilkanaście lat.
X muza zawdzięcza Shelley Winters role, które nie zestarzały się ani o dzień — i przesłanie, które wciąż działa z tą samą siłą. W tym roku mija 20 lat od śmierci aktorki. Dlaczego tak rzadko się o niej mówi? Czy w historii kina kobiecy talent, wygrywający z wizerunkiem, naprawdę nie zasłużył na pamięć?
Źródła:
- https://youtu.be/TDU1q-4lJdc?si=R60_AUufHOV2VEgT
- https://www.britannica.com/biography/Shelley-Winters
- https://en.wikipedia.org/wiki/Shelley_Winters
- https://m.imdb.com/name/nm0001859/