Mało kto wie, kto miał zagrać w „Śniadaniu u Tiffany’ego” zamiast Audrey Hepburn

W ostatnich dniach filmowe media zdominowały doniesienia o świeżym angażu Lily Collins, która wcieli się w Audrey Hepburn przy powstającej adaptacji książki „Piąta aleja, piąta rano” Sama Wassona. Publikacja przybliża kulisy produkcji hitu „Śniadanie u Tiffany’ego”, który ugruntował legendarny wizerunek rozczulającej Hepburn. Co działo się na planie melodramatu z 1961 roku, po którym wszyscy zapragnęli popijać kawę przed luksusowymi wystawami na nowojorskiej ulicy?
- "Śniadanie u Tiffany'ego" wciąż inspiruje
- Audrey Hepburn zamiast Marilyn Monroe
- Ballada godna Oscara
- Zakulisowe burze
"Śniadanie u Tiffany'ego" wciąż inspiruje
Historia powstania filmu Blake’a Edwardsa z 1961 roku „Śniadanie u Tiffany’ego” doczeka się przeniesienia na współczesny ekran. Powstającą właśnie produkcję uświetni Lily Collins w roli Audrey Hepburn, która od wielu lat marzyła o sportretowaniu ikony. Nie bez znaczenia pozostaje w tym wizerunkowe podobieństwo znanej z „Emily w Paryżu” aktorki: rysy twarzy, odcień włosów i „sarnie” spojrzenie.
Film, do którego rozpoczęto prace, zostanie oparty na powieści Sama Wassona „Piąta aleja, piąta rano”, która w fabularyzowany sposób przytoczyła ciekawostki z planu oraz klimat złotej ery Hollywood. A co działo się za kulisami prawdziwego „Śniadania u Tiffany’ego”? Przybliżamy mniej znane fakty i zdarzenia, które przeważyły na wydźwięku historii ekranowej Holly Golightly.

Audrey Hepburn zamiast Marilyn Monroe
Dla głównej aktorki „Śniadanie u Tiffany’ego” okazało się najgłośniejszym tytułem w bogatym dorobku filmowym. Trudno mówić w tym przypadku o przełomie, gdyż Audrey Hepburn już blisko dekadę wcześniej otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki za „Rzymskie wakacje” (1953) – i należy dodać, że był to jej debiut! Specyfika filmów z udziałem Hepburn opierała się na portretach wrażliwych, czarujących dziewcząt, które wraz z rozwojem fabuły, odkrywają siłę miłości.
Komedie romantyczne z Audrey Hepburn stały się kultowe, ale gwiazda niejednokrotnie dowodziła wszechstronnego talentu. Wspaniale odnalazła się w „Historii zakonnicy” (1959), oddając dramat dziewczyny przywdziewającej habit i z czasem porzucającej zakon z powodu skrywanych w jego murach demonów. Stworzyła też pamiętny duet z Shirley MacLaine w dramacie podejmującym przełomową problematykę wykluczenia środowisk LGBT przy okazji „Niewiniątek” (1961). Z kolei w dreszczowcu „Doczekać zmroku” (1967) rozbroiła kryminalną szajkę jako niewidoma bohaterka walcząca o przetrwanie we własnym mieszkaniu.
„Śniadanie u Tiffany’ego” umocniło pozycję Audrey jako naczelnej ikony stylu oraz symbolu hollywoodzkiego glamouru. Z pomocą zaprzyjaźnionego projektanta Huberta de Givenchy aktorka stworzyła wizerunek, który połączył nieśmiertelną klasykę z nowoczesną wizją dziewczyny żyjącej w miejskiej dżungli. Całość wyznaczyła zaś kultowa mała czarna, którą Givenchy urozmaicił głębokim wycięciem na plecach, imponującą biżuterią oraz długimi rękawiczkami. Spacerująca w spektakularnej stylizacji po nowojorskiej Piątej Alei Audrey przeszła do historii.
Mało brakowało, a portret Holly Golightly – ekscentrycznej i skrzywdzonej przez los bohaterki filmu Blake’a Edwardsa, stworzyłaby najsłynniejsza blondynka złotej ery Hollywood Marilyn Monroe. O angażu posiadaczki najsłynniejszych inicjałów świata marzył sam autor powieści, na której podstawie oparto scenariusz produkcji. Holly spod pióra Trumana Capote’a była prowokacyjna, jak na utrzymankę majętnych mężczyzn przystało. Tętniąca seksapilem MM pozostawała niemal naturalnym wyborem do tej roli. Przy kompletowaniu obsady rozważano ponadto zaangażowanie Kim Novak, blondynki Hitchcocka znanej z „Zawrotu głowy”.
Blake Edwards widział sprawę zupełnie inaczej. Chciał złagodzić portret Holly, z jednej strony z powodu ograniczeń cenzury Kodeksu Haysa niedopuszczającej śmiałego erotyzmu, a z drugiej – chciał nadać tej postaci emocjonalnej głębi i uwydatnić młodzieńczą traumę dziewczyny. Audrey Hepburn ze swym niewinnym urokiem doskonale wpasowała się w wizję reżysera. Jej kreacji było daleko do seksbomby, ale nie brakowało w niej ponętności, która kontrastowała z delikatnym wizerunkiem i niedojrzałym usposobieniem bohaterki.

Ballada godna Oscara
„Śniadanie u Tiffany’ego” rozsławiła ponadto budująca intymną i mówiącą nam wiele o tłamszonych uczuciach Holly piosenka „Moon River” skomponowana przez Henry’ego Manciniego oraz Johnny’ego Mercera.
W trakcie próbnego, zamkniętego pokazu pierwszej wersji filmu na widowni siedział szef studia Paramount. Bardzo pomylił się co do tego utworu, grzmiąc o konieczności wycięcia całej sceny. Wzburzenie twórców oraz aktorki szczęśliwie wzięło górę, a nostalgiczna ballada porwała odbiorców. Sukces przypieczętowała Nagroda Akademii w kategorii najlepszej piosenki. Podczas ceremonii wręczenia Oscarów z 1962 roku Mancini zgarnął ponadto statuetkę za najlepszą muzykę w dramacie lub komedii.
Zauroczona koncepcją Audrey Hepburn włożyła w wykonanie całe swoje serce. W filmie słyszymy jej prawdziwy wokal, co jest warte podkreślenia przez wzgląd na to, że już w musicalu „My Fair Lady” (1964) jej partie wokalne dubbingowała profesjonalistka Marnie Nixon.
Henry Mancini napisał ten utwór specjalnie dla Audrey. Później wspominał: „Rzadko się zdarza, aby kompozytor czerpał inspirację z konkretnej osoby, z twarzy albo zachowania. Ale Audrey Hepburn jest dla mnie taką inspiracją. Dzięki niej napisałem nie tylko Moon River, ale jeszcze Charade i Two For the Road. Gdy się dobrze wsłuchać, to we wszystkich trzech wymienionych przeze mnie piosenkach można znaleźć coś z Audrey. Jej zadumę, tęsknotę… Jakby lekki smutek. Zwykle piszę muzykę dopiero wtedy, gdy zobaczę film po montażu. W tym przypadku zacząłem komponować już na etapie scenariusza, bo wiedziałem, że robię to dla Audrey”.
Zakulisowe burze
W trakcie pracy nad adaptacją „Śniadania u Tiffany’ego” nie brakowało też konfliktów wśród ekipy. Najwięcej doniesień tego typu wiąże się z głównym aktorem. Filmowego Paula, sfrustrowanego pisarza, który zbliża się do Holly i wikła w skomplikowaną relację, wykreował George Peppard. Gwiazdor słynął z trudnego charakteru i to on zaważył na niechęci reżysera.
Blake Edwards miał błagać na kolanach producentów, aby nie zatrudniali Pepparda. Sam marzył o obsadzeniu w tej roli Steve’a McQueena, jednak aktor był wówczas związany innymi kontraktami i nie mógł przerwać pracy nad serialem „Wanted Dead or Alive”. Wśród kandydatów rozpatrywano też Tony’ego Curtisa. Ku niepocieszeniu Edwardsa, w oczach producentów George Peppard nie miał sobie równych. Jego aparycja była wprost stworzona do rysu współczesnego playboya, nieco aroganckiego, a ostatecznie odsłaniającego wrażliwe oblicze.
W trakcie zdjęć Peppard pozostawał najbardziej znienawidzonym członkiem obsady. Na jego postawę żaliła się nawet słynąca z anielskiej cierpliwości Audrey Hepburn, która nazywała go „nadętym”. Aktor ignorował wszelkie uwagi reżysera. Jego nieposłuszeństwo wzmagało napiętą aurę i udzielało się pozostałym twórcom.
Konfliktowa otoczka nie wpłynęła na sukces produkcji. Dziś ponad sześć dekad od premiery „Śniadanie u Tiffany’ego” w dalszym ciągu hipnotyzuje widzów, oddając nieśmiertelny klimat złotej ery amerykańskiego kina w swym ostatnim tchnieniu. To bowiem tytuł przełomu, który podsumowywał klasyczne lata Hollywood, a jednocześnie powstał tuż przed kluczową rewolucją w kinematografii wprowadzającą świeżość i współczesną problematykę.
Z nieskrywanym przejęciem wyczekujemy filmu z Lily Collins w roli Audrey Hepburn ukazującego niezwykłą historię obrazu. Aktorka jest też współproducentką adaptacji książki Sama Wassona. Scenariusz popełni zaś Alena Smith, twórczyni serialu „Dickinson”.
Źródła:
- S. Hepburn Ferrer, „Audrey Hepburn, Uosobienie elegancji”, tłum. W. Nowakowski, Albatros, Toruń 2020.
- S. Wasson, „Piąta aleja, piąta rano”, tłum. A. Lipska-Nakoniecznik, Świat Książki, Warszawa 2014.