Maryla Rodowicz miała porsche, a w domu szafę z desek. Absurd PRL

Gdyby w Stanach ktoś nagrał przebój na miarę „Małgośki” czy „Niech żyje bal”, w jednej chwili wjechałyby kontrakty, willa z basenem, drogie auta i życie jak z teledysku. Tyle że w PRL-u nawet największe hity nie otwierały drzwi do takiego świata. Maryla Rodowicz była na szczycie, znała ją cała Polska, a mimo to spotkało ją to, co tylu innych: miesiącami czekała na przydział mieszkania. I kiedy w końcu je dostała… prawdziwy problem dopiero się zaczął — nie miała za co go urządzić.
- Maryla Rodowicz czekała 7 lat na mieszkanie
- Luksus PRL na Ursynowie bez złudzeń
- Pierwsze porsche Maryli Rodowicz z 1974 r.
- Rozstania z dziećmi i trasy Rodowicz
Maryla Rodowicz czekała 7 lat na mieszkanie
Choć Maryla Rodowicz była wtedy jedną z najpopularniejszych postaci w kraju, nie mogła po prostu wejść do biura i kupić mieszkania. Obowiązywały przydziały — takie same zasady dla wszystkich. Złożyła więc wymagane papiery, a w odpowiedzi usłyszała, że na swoją kolej poczeka… 7 lat. Nie zamierzała jednak biernie czekać. Ruszyła do działania, ale walka o własny kąt okazała się pasmem upokorzeń i urzędniczych absurdów.
Telefon za telefonem, kolejne prośby i wrażenie, że wszystko zależy od humoru urzędników. Dopiero po pewnym czasie udało się dopiąć spotkanie z prezesem spółdzielni — i to jego interwencja realnie popchnęła sprawę do przodu. W końcu, jak wielu artystów w tamtych latach, dostała mieszkanie przy ulicy Cybisa na Ursynowie. To miejsce uchodziło za prestiżowe, wręcz „luksusowe”. Sam lokal także robił wrażenie: dwupoziomowy, bo właśnie takie przydzielano artystom. Na dole klasyczne M3, a na górze 50-metrowe studio. Na papierze wyglądało to jak spełnienie marzeń, ale w praktyce było dalekie od tego, co wyobrażała sobie gwiazda polskiej estrady.
Luksus PRL na Ursynowie bez złudzeń
Nowe lokum miało być spełnieniem marzeń, ale codzienność szybko sprowadziła je na ziemię. Maryla urządzała się „na przeczekanie” — najpierw ogarnęła kuchnię i łazienkę, jednak na porządne meble zwyczajnie nie starczało pieniędzy. Gdy na świecie pojawiły się dzieci, kawalerka została podzielona ściankami na małe pokoje dla nich, a artystka własnoręcznie zbiła prowizoryczną „szafę” — kilka desek i gwoździe, na których wisiały ubrania. Skromnie, ale z pomysłem i charakterem.
Ursynów miał wtedy opinię dzielnicy dla wybranych. W pobliżu mieszkali m.in. Krawczyk, Rosiewicz, Dałkowska oraz Janda — z tą ostatnią Rodowicz urządziła spontaniczny koncert dla sąsiadów. Pod blokiem stało czerwone porsche Maryli, a jednocześnie często nie było wody, po którą trzeba było chodzić na pobliski posterunek milicji, a na telefon czekano aż cztery lata. Zimą przez nieszczelne okna hulał wiatr. Taki właśnie bywał „luksus” w PRL — bardziej z nazwy niż z życia.
Pierwsze porsche Maryli Rodowicz z 1974 r.
Plotki o rzekomych fortunach i niebywałych luksusach Maryli Rodowicz w dużej mierze brały się stąd, że artystka poruszała się naprawdę wyjątkowym autem. Swoje pierwsze Porsche, w efektownym czerwonym kolorze, kupiła w Berlinie Zachodnim w 1974 roku. Był to samochód z drugiej ręki.
Jak wspominała w rozmowie dla Wideoportalu: – W tamtych czasach w Polsce nie było salonów tej marki. Kolega mnie ostrzegł: "Maryla, silnik jest do remontu". A remont silnika w porsche to kosmiczne pieniądze, ale u nas trafiali się rzemieślnicy, "złote rączki", którzy potrafili dorobić części. Auto tydzień stało, a tydzień jeździło.
Rozstania z dziećmi i trasy Rodowicz
To właśnie na Ursynowie Rodowicz mierzyła się z najcięższymi momentami macierzyństwa. Koncertowe wyjazdy nie były wyborem, lecz koniecznością — tylko one dawały szansę na utrzymanie domu, opłacenie strojów i zapewnienie dzieciom spokojnej przyszłości. Każde zamknięcie drzwi za sobą kończyło się łzami Jasia i Kasi.
Największe pieniądze w tamtym okresie przyniosły jej trasy w ZSSR i USA. Za sukcesem stała jednak wysoka cena: silne emocje, długie rozłąki i powracające poczucie, że znów zostawia dzieci na kolejne dni.