Kobieta mogła dostać 10 lat więzienia, lekarz trafić na Syberię. Tak karano aborcję

W carskiej Warszawie przepisy dotyczące przerywania ciąży były wyjątkowo surowe. Lekarz, który pomagał kobiecie w dokonaniu aborcji, mógł zostać skazany na ciężkie roboty i zesłany na Syberię. W praktyce jednak takie sprawy niezwykle rzadko trafiały przed sąd. Kobiety, lekarze i akuszerki mieli wspólny interes – zachować tajemnicę.
- Za aborcję groziła kiedyś kara śmierci
- Lekarzowi groziły ciężkie roboty i Syberia
- Warszawa długo milczała o aborcji
- Proces lekarza Zajdowskiego wywołał sensację
- Surowe prawo nie oznaczało końca aborcji
Za aborcję groziła kiedyś kara śmierci
Historia karania za przerywanie ciąży na ziemiach polskich jest znacznie starsza niż przepisy obowiązujące w XIX wieku. W czasach nowożytnych sztuczne poronienie traktowano niezwykle surowo. Za dokonanie aborcji przewidywano karę podobną do tej, która groziła za dzieciobójstwo – nawet karę śmierci. Z dzisiejszej perspektywy może to wydawać się szczególnie drastyczne, ale ówczesne prawo nie traktowało przerwania ciąży jako kwestii wyłącznie dotyczącej kobiety i jej lekarza. Było to przestępstwo, które wpisywano w znacznie szerszy porządek moralny i religijny.
Ważna zmiana nastąpiła dopiero w XIX wieku, wraz z rozwojem nowoczesnego ustawodawstwa karnego. W 1818 roku w Królestwie Polskim, zwanym również Kongresówką, ogłoszono pierwszy kodeks karny. Zrezygnowano w nim z najbardziej drastycznych kar, ale nie oznaczało to bynajmniej łagodnego traktowania kobiet, które decydowały się na przerwanie ciąży. Wręcz przeciwnie – odpowiedzialność karna nadal była bardzo poważna.
Co ciekawe, kodeks z 1818 roku znacznie surowiej traktował kobietę, która zdecydowała się na sztuczne poronienie, niż osobę, która jej w tym pomagała. Ciężarna mogła zostać skazana na od trzech do dziesięciu lat ciężkiego więzienia. Lekarz czy akuszerka, którzy przeprowadzili zabieg za jej zgodą, ryzykowali natomiast maksymalnie trzyletnim pobytem w domu poprawy. Z czasem proporcje te zaczęły się zmieniać, a odpowiedzialność osób pomagających w aborcji stała się znacznie poważniejsza.
Lekarzowi groziły ciężkie roboty i Syberia
W drugiej połowie XIX wieku przepisy przewidywały za dokonanie aborcji przez lekarza karę od czterech do sześciu lat ciężkich robót. Brzmi to dziś jak bardzo surowy wyrok, ale w realiach carskiego imperium konsekwencje mogły być jeszcze poważniejsze. Skazanie na ciężkie roboty oznaczało bowiem możliwość zesłania na Syberię. Sąd mógł dodatkowo zdecydować o przymusowym, nawet dożywotnim osiedleniu skazańca w azjatyckiej części imperium.
Syberia kojarzy się przede wszystkim z losami polskich powstańców, więźniów politycznych i osób uznanych przez władze carskie za szczególnie niebezpieczne. Trafiali tam uczestnicy kolejnych zrywów niepodległościowych, ale także ludzie skazani za przestępstwa kryminalne. Wśród nich mogli znaleźć się również lekarze, którym udowodniono dokonanie zabiegu przerwania ciąży.
Nie oznaczało to jednak, że warszawskie sądy regularnie wysyłały lekarzy za Ural. Surowe przepisy istniały, ale ich egzekwowanie wyglądało zupełnie inaczej. Przypadki aborcji bardzo rzadko kończyły się procesem, ponieważ podstawowym warunkiem postępowania było zazwyczaj zdobycie dowodów. A tych trudno było szukać w sytuacji, w której wszystkie zainteresowane osoby miały powód, aby milczeć.
Dobrze oddawała to Gazeta Sądowa Warszawska, która w 1896 roku określała aborcję jako przestępstwo bardzo rozpowszechnione, ale zazwyczaj bezkarne. Powodem miała być zmowa milczenia osób uczestniczących w całym procederze. To właśnie ta rozbieżność między surowym kodeksem a rzeczywistością była jedną z najbardziej charakterystycznych cech ówczesnego prawa.
Warszawa długo milczała o aborcji
Dzisiaj temat aborcji jest obecny w debacie publicznej, mediach i polityce niemal bez przerwy. W dziewiętnastowiecznej Warszawie wyglądało to zupełnie inaczej. O przerywaniu ciąży pisano niewiele, a sprawy dotyczące tego procederu rzadko stawały się przedmiotem publicznej dyskusji.
Stanisław Milewski, autor książki Intymne życie niegdysiejszej Warszawy, przeglądając dziewiętnastowieczną prasę, znalazł zaledwie kilka artykułów poświęconych temu zagadnieniu. Według niego jedne z najwcześniejszych informacji dotyczących danych na temat aborcji pojawiły się w Kurierze Warszawskim już w 1855 roku. Gazeta informowała wówczas o skazaniu sześciu osób za to przestępstwo. Nie wiadomo jednak, kim dokładnie byli skazani – mogły to być kobiety, akuszerki albo osoby wykonujące zabiegi.
Znacznie więcej wiadomo o sprawach, które miały konkretny finał sądowy. Jedną z nich był przypadek z 1884 roku. Wtedy na pewną akuszerkę doniosły dwie kobiety mieszkające w jej domu – młoda wdowa oraz żona byłego dozorcy policyjnego. Kobiety zarzucały jej, że wspólnie z lekarzem zajmuje się odpłatnym spędzaniem płodu.
Śledztwo nie przyniosło jednak oczekiwanych rezultatów. Policjanci nie znaleźli wystarczających dowodów, a świadków, którzy mogliby potwierdzić zarzuty, po prostu zabrakło. Ustalono jedynie, że różne kobiety korzystały z pomocy akuszerki przy porodach, a te kończyły się szczęśliwie. Ostatecznie podejrzana nie została skazana za aborcję. Zamiast tego objęto ją na dwa lata dozorem policyjnym.
Proces lekarza Zajdowskiego wywołał sensację
Prawdziwą sensacją stała się dopiero sprawa z 1896 roku. Przed sądem stanął lekarz J. Zajdowski, oskarżony o dokonanie zabiegu spędzenia płodu. Proces odbywał się za zamkniętymi drzwiami. Jak później wskazywał Stanisław Milewski, temat był wówczas uznawany za zbyt drażliwy pod względem obyczajowym, aby sprawę prowadzić publicznie.
Wyrok okazał się niezwykle surowy. Zajdowski został skazany na cztery lata ciężkich robót oraz dożywotnie osiedlenie na Syberii. Nie ma jednak pewności, czy lekarz rzeczywiście trafił ostatecznie za Ural. Sama możliwość takiej kary pokazuje jednak, jak poważne konsekwencje mogło mieć złamanie przepisów.
Proces odbił się szerszym echem i stał się jednym z wydarzeń, które przyczyniły się do rozpoczęcia poważniejszej dyskusji na temat sensu karania za aborcję. Coraz częściej pojawiały się głosy kwestionujące skuteczność prawa, które formalnie było niezwykle surowe, ale w praktyce nie powstrzymywało kobiet przed podejmowaniem decyzji o przerwaniu ciąży.
Surowe prawo nie oznaczało końca aborcji
Historia aborcji w XIX-wiecznej Warszawie pokazuje więc coś, co może wydawać się paradoksalne. Im surowsze były przepisy, tym bardziej praktyka rozmijała się z ich założeniami. Kobiety nadal szukały sposobów na przerwanie niechcianej ciąży, a osoby oferujące taką pomoc działały poza oficjalnym systemem medycznym.
Nie oznaczało to oczywiście, że zabiegi zawsze kończyły się bezpiecznie. Wręcz przeciwnie – brak legalnego dostępu do profesjonalnej opieki medycznej zwiększał ryzyko powikłań. Właśnie dlatego przypadki, w których kobieta umierała po nieudanym zabiegu, mogły prowadzić do ujawnienia całej sprawy i rozpoczęcia postępowania.
W normalnych okolicznościach wszyscy zainteresowani mieli jednak powód, by zachować milczenie. Kobieta obawiała się kary i społecznego potępienia, lekarz – utraty wolności, reputacji i możliwości wykonywania zawodu, a akuszerka mogła stanąć przed sądem. W efekcie prawo istniało, ale jego skuteczność była ograniczona.
Właśnie dlatego sprawa lekarza Zajdowskiego miała takie znaczenie. Nie była tylko kolejnym procesem. Pokazywała, że przepisy, które teoretycznie pozwalały wysłać lekarza na ciężkie roboty i Syberię, w praktyce bardzo rzadko prowadziły do tak spektakularnych wyroków.
Na przełomie XIX i XX wieku zaczęła się więc zmiana w sposobie myślenia o całym problemie. Coraz częściej zadawano pytanie, czy karanie kobiet i lekarzy rzeczywiście ogranicza liczbę aborcji, czy jedynie spycha je do podziemia. Dyskusja, która w Warszawie zaczęła przebijać się do publicznej debaty ponad sto lat temu, miała zresztą przetrwać kolejne pokolenia.
Źródła:
- Stanisław Milewski, Intymne życie niegdysiejszej Warszawy, Iskry, Warszawa 2008, s. 158-160
- https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/pieklo-kobiet-o-aborcji-w-ii-rzeczpospolitej/hcyy294