Kat w spódnicy. Najokrutniejsza nadzorczyni Auschwitz przed egzekucją wykrzyknęła „Niech żyje Polska!”

Na dźwięk jej nazwiska więźniarki zamierały. Ta elegancka blondynka o regularnych rysach twarzy osobiście podpisała pół miliona wyroków śmierci i jednym kopnięciem potrafiła posłać ciężarną kobietę prosto do komory gazowej. A jednak ta sama osoba godzinami słuchała arii z „Madame Butterfly”, brała osierocone dzieci na kolana, a tuż przed straceniem padła na kolana przed byłą ofiarą, szepcząc: „Błagam o przebaczenie”. Kim naprawdę była Maria Mandl, jedna z najbardziej przerażających postaci w historii Auschwitz-Birkenau?
- Skromna dziewczyna
- Ravensbrück – szkoła sadyzmu
- "Mańcia Migdał"
- Miłość do muzyki
- Niespodziewana skrucha
- „Es lebe Polen!”
Skromna dziewczyna
Maria przyszła na świat 10 stycznia 1912 roku w Münzkirchen, niewielkiej austriackiej miejscowości przy granicy z Bawarią. Była najmłodszym z czworga dzieci szewca i handlarza obuwiem, a jej matka wywodziła się z rodziny wiejskich kowali. Nic nie zapowiadało, że ta skromna dziewczyna, która ukończyła zaledwie cztery klasy szkoły zawodowej i przez pewien czas pracowała jako pomoc domowa w Szwajcarii, zapisze się w historii jako jedna z najkrwawszych zbrodniarek XX wieku.
W 1938 roku, po włączeniu Austrii do Rzeszy, dwudziestosześcioletnia Maria zgłosiła się do pracy w obozach koncentracyjnych. Po wojnie tłumaczyła to zaskakująco prozaicznie – słyszała, że dozorczynie dobrze zarabiają, a ona sama spodziewała się lepszych pieniędzy niż w zawodzie pielęgniarki, o którym myślała. Prawdopodobnie do podjęcia tej decyzji namówił ją stryj, wysoki rangą policjant z Monachium. Tak rozpoczęła się kariera, która wkrótce przerodziła się w osobisty rejestr okrucieństw.
Ravensbrück – szkoła sadyzmu
Pierwszym miejscem służby Mandl był obóz Lichtenburg, a od maja 1939 roku Ravensbrück, gdzie szkolono żeński personel SS. Już tam dała się poznać jako sadystka, która nie rozstawała się z biczem. Więźniarki szeptem ostrzegały się nawzajem, gdy nadchodziła – wszystko milkło, a ona biła i kopała za byle przewinienie: za odwrócenie głowy, za krzywo zawiązaną chustkę, za chusteczkę wystającą z kieszeni. Szczególnie doprowadzały ją do furii krzyżyki na szyjach osadzonych, a gdy ofiara upadała, kopała ją w nerki, aż traciła przytomność.
To właśnie w Ravensbrück Mandl zaczęła posyłać więźniarki do bunkra, gdzie stosowano śmierć głodową i osobiście wybierała kobiety do eksperymentów pseudomedycznych. Była też odpowiedzialna za wprowadzenie zakazu noszenia obuwia – kobiety stały boso na mrozie podczas wielogodzinnych apeli, podkładając pod stopy skrawki papieru. Gdy Mandl to zauważyła, zabierała im racje żywnościowe i szczuła psem. „To był potwór w ludzkim ciele, zły duch i koszmar obozu” – podsumowała jedna z więźniarek.

"Mańcia Migdał"
W październiku 1942 roku Maria Mandl objęła stanowisko kierowniczki obozu kobiecego w Auschwitz II – Birkenau. Podlegał jej nie tylko cały personel żeński, ale i męscy strażnicy. Wyższą pozycję miał już tylko komendant Rudolf Höß. Mandl szybko zabrała się za „porządkowanie obozu”, co w praktyce oznaczało systematyczne mordowanie chorych i niezdolnych do pracy. Razem z lekarzem obozowym decydowała, kto trafi do komory gazowej, a oporne ofiary osobiście biła i kopała, aby zmusić je do wejścia do ciężarówki wiozącej na śmierć.
Szczególne okrucieństwo zachowywała wobec kobiet w ciąży. Jedna z więźniarek, która w dziewiątym miesiącu błagała o darowanie życia, tłumacząc, że zaraz po porodzie wróci do pracy, została przez Mandl kopnięta w brzuch i wepchnięta do grupy przeznaczonej na zagazowanie. „Posyłała do gazu, jeśli ktoś miał obtartą piętę albo odmarznięty palec. Nic nie pomagały prośby tych, które całowały jej buty” – relacjonowała inna osadzona. Podwładne nazywały ją „Bestią”, ale za plecami szeptały też „Mandelka” lub „Mańcia Migdał” – zdrobnienia, które miały oswoić paraliżujący strach przed jej zwyrodnieniem.
Miłość do muzyki
W tej samej kobiecie kryła się jednak zaskakująca sprzeczność. Mandl kochała muzykę – to ona w 1942 roku założyła w Birkenau słynną dziewczęcą orkiestrę, która grała więźniom podczas apeli, egzekucji i przybywających transportów. Jej członkinie mieszkały w czystszych barakach i dostawały lepsze jedzenie. Sama nadzorczyni potrafiła spędzać długie chwile, słuchając arii z „Madame Butterfly” – ulubionej opery, której partyturę podobno zawsze miała przy sobie.
Równie osobliwy był jej stosunek do dzieci. Więźniarki widywały ją w bloku dziecięcym, jak brała maluchy na kolana, głaskała i częstowała paczkami po zmarłych. Gdy przyjeżdżały transporty ze Związku Radzieckiego, osierocone dzieci brała na ręce, śpiewała im… by po kilku dniach osobiście odprowadzić je do komory gazowej. Zdarzało się, że wycofywała z kolejki do gazu szczególnie uzdolnione muzycznie dziewczynki. Były to jednak wyjątki – większość małych ofiar kończyła tak samo.
Niespodziewana skrucha
Po wojnie Mandl próbowała uciec przed nadciągającą Armią Czerwoną. Przeniesiona wcześniej do podobozu Mühldorf, stamtąd przedostała się w Alpy, a później dotarła do rodzinnego Münzkirchen. Ojciec odmówił jej jednak schronienia. Zatrzymana przez Amerykanów w sierpniu 1945 roku, w listopadzie 1946 została wydana władzom polskim. W Krakowie ruszył proces załogi Auschwitz – Mandl zasiadła na ławie oskarżonych, starając się zachować twarz, choć zeznania setek byłych więźniarek nie pozostawiały złudzeń. Sędzia Jan Sehn dysponował też bezcennym dowodem: podpisaną przez nią imienną listą niemal pięciuset kobiet skazanych na śmierć.
W więzieniu przy ul. Montelupich doszło do poruszającego spotkania. W sąsiedniej celi siedziała Stanisława Rachwałowa – była więźniarka Auschwitz, aresztowana teraz przez komunistyczne władze za działalność w Armii Krajowej. Podczas kąpieli w łaźni Mandl podeszła do niej zapłakana i wyszeptała: „Proszę o przebaczenie, błagam o przebaczenie”. Rachwałowa, sama wstrząśnięta, wyciągnęła do niej rękę i odpowiedziała: „Przebaczam w imieniu więźniów”. Wtedy obie Niemki – Mandl i druga strażniczka Therese Brandl – padły na kolana i zaczęły całować dłonie Polki.
„Es lebe Polen!”
22 grudnia 1947 roku Najwyższy Trybunał Narodowy skazał Marię Mandl na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano 24 stycznia 1948 roku o wschodzie słońca na dziedzińcu krakowskiego więzienia. Obok niej na szubienicy zawiśli m.in. były komendant Arthur Liebehenschel i inni członkowie załogi. Świadkowie zapamiętali, że tuż przed śmiercią Mandl i Liebehenschel krzyknęli jednocześnie po niemiecku: „Es lebe Polen!” – „Niech żyje Polska!”. Było to zaskakujące wyznanie ze strony kobiety, która przez lata siała śmierć w imię nazistowskiej ideologii.
Ciało trzydziestosześcioletniej Marii Mandl, zgodnie z ówczesną praktyką, przekazano Akademii Medycznej w Krakowie jako materiał dydaktyczny. Dziś jej historia pozostaje przerażającym studium tego, jak zwykła córka szewca z pogranicza Austrii i Bawarii stała się jedną z najkrwawszych zbrodniarek w dziejach – i jak nawet w takim człowieku mogły przez chwilę odezwać się echa sumienia.
Źródła:
- https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/obozy-koncentracyjne/74366,Maria-Mandl.html
- https://www.academia.edu/36107990/Historia_pewnej_znajomo%C5%9Bci_Spotkania_Stanis%C5%82awy_Rachwa%C5%82_i_Marii_Mandl
- https://www.liberationroute.com/pl/stories/457/maria-mandel