Miała kilka lat, gdy wsadzono ją do wagonu na Sybir. To był dopiero początek koszmaru

17 września 1939 roku Związek Sowiecki zajął wschodnie obszary Rzeczypospolitej. Mieszkańców podporządkowano propagandzie. W lutym 1940 roku rozpoczął się okres deportacji polskich rodzin na Syberię. Dzieci, które wówczas trafiły na zesłanie czekał straszny los, nawet po amnestii i oddaniu polskich sierot pod opiekę Armii Andersa. Niektóre historie mają jednak szczęśliwe zakończenie.
- Z dnia na dzień zawalił się świat
- Kobiety i dzieci do kołchozu, mężczyźni osobno
- Droga w mrozie i upale
- Od Syberii do Kazachstanu
- Sieroty po Sybirakach
- Powroty do ojczyzny
- Bibliografia:
Z dnia na dzień zawalił się świat
Z punktu widzenia dziecka najbardziej dramatycznym momentem było aresztowanie i deportacja. Mimo zmiany władzy i przewidywanych prześladowań politycznych nikt nie spodziewał się, że z dnia na dzień może stracić wszystko. Dorośli wiedzieli, że Sowieci będą rekwirować broń, mogą aresztować, przesłuchiwać, nawet rozstrzelać. Nie wszyscy spodziewali się zakrojonej na szeroką skalę akcji wywózek.
Nikt nie wiedział, że będzie aresztowany. Radziecka instrukcja dotycząca deportacji, wydana jeszcze w październiku 1939 roku, mówiła wyraźnie o potajemnym kontakcie z miejscowymi władzami. Operacje zaczynano o wschodzie słońca. Po rewizji rodzina była informowana o tym, że zostanie przewieziona w głąb ZSRR. Dopuszczano zabranie nie więcej 100 kilogramów dobytku, a na spakowanie były najwyżej dwie godziny. (Lewandowska-Kąkol A., 2024: s. 14)
Jak zwykle w totalitarnych systemach na papierze wszystko wyglądało inaczej niż w praktyce. Do drzwi łomotano karabinami, w razie oporu wyważano je. Przerażone dzieci płakały, w czasie kiedy rodzice musieli pod presją, popędzani przez strażników, spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Mało kto słyszał o wyznaczonych dwóch godzinach na spakowanie, zwykle było to 10-20 minut. Nierzadko decyzję o „dobrowolnej” relokacji podpisywano pod pistoletem. (Dzienis-Todorczuk M., Markiewicz M., 2019) Potem prasa radziecka informowała, że Polacy zostali przewiezieni na własne życzenie.
Kobiety i dzieci do kołchozu, mężczyźni osobno
Władze radzieckie nakazały rozdzielenie mężczyzn („pana domu”) od reszty rodziny. Jednak instrukcja podkreślała, że o tym rodzina ma się dowiedzieć dopiero na stacji kolejowej. Kiedy wszyscy byli jeszcze w szoku rodzina doznawała kolejnego. Wiele dzieci nie zobaczyło już nigdy swoich ojców. Razem z matkami miały trafić do osobnych osad, gdzie zostawione same w małymi dziećmi i zmuszone do ciężkiej pracy kobiety rzadko dożywały powrotu.
Nie wszystkie wywózki kończyły się w ten sposób. Czasami cała rodzina dojeżdżała razem na miejsce. Na przykład jeden z bohaterów książki „Dzieci Sybiru” Zdzisław Lepionka wspomina, że razem z braćmi trafili do wagonu razem z ojcem. Cała rodzina przetrwała do amnestii (1943), ojciec pracował jako kowal, kiedy zadaniem młodszych dzieci było zdobycie chleba na kolację. Jednak po zwolnieniu z kołchozu i rodzice umarli na tyfus w Kazachstanie. (Lewandowska-Kąkol A., s. 26)
Niektóre rodziny już wcześniej musiały sobie radzić bez dorosłych mężczyzn w gospodarstwie. Ojcowie, dziadkowie i starsi bracia zostali we wrześniu powołani do wojska i zginęli lub trafili do niewoli podczas kampanii wrześniowej. Przedstawiciele elit wojskowych i mundurowi, uwięzieni w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie zostali zamordowani w Katyniu (rozkaz z 5 marca 1940 roku – por. Dzienis-Todorczuk M., Markiewicz M., 2019).
Droga w mrozie i upale
Pierwsza akcja wywózek rozpoczęła się w lutym. Zależnie od miejsca gdzie trafiali wywożeni panował mróz od -20 do -40ºC, czasami nawet większy. Już samo to sprawiało, że upchnięci w wagonach, a potem czasami zmuszeni iść na piechotę ludzie, umierali z zimna lub wycieńczenia. Kto nie dożył końca podróży był przez innych wyrzucany z wagonu po drodze. Po przybyciu na miejsce czekał na nich obóz pracy – nie było się kiedy zregenerować. W takich warunkach było łatwo nie tylko o tyfus, ale o różne wypadki przy pracy.
Kolejna akcja miała miejsce w kwietniu 1940 roku. Przynajmniej wtedy pogoda nie była największym ciężarem, ale już następna, czerwcowa deportacja odbywała się w strasznym upale.
Oprócz mrozu lub upałów deportowani musieli się zmierzyć z nieprzejednaną przyrodą Syberii i terenów w jej sąsiedztwie. Obozy pracy znajdowały się w niedostępnych miejscach, często otoczonych lasami i bagnami. Przyroda była na tyle skuteczną barierą, że osady nie wymagały ogradzania. Do tych miejsc teoretycznie rodziny miały być przewożone samochodami. W niektórych miejscach jednak drogi były trudne do przejechania. Jeżeli samochód wywrócił się lub napotkał przeszkodę nie do przebycia resztę trzeba było przejść na piechotę. (Lewandowska-Kąkol A.: s. 68)
Od Syberii do Kazachstanu
Polaków z pierwszej deportacji rozmieszano głównie na Syberii, na terenach z przeważającym przemysłem leśnym (w obwodach: archangielskim, swierdłowskim, Komijskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republice Sowieckiej oraz Kraju Krasnojarskiu). Aresztowanych w drugim etapie – kwiecień 1940 – przewożono m.in. do Kazachstanu. (Dzienis-Todorczuk M., Markiewicz M., 2019)
Do Kazachstanu wiele rodzin dotarło też dobrowolnie po ogłoszeniu amnestii, licząc na opiekę Armii Andersa.
Życie w obozach pracy było bardzo ciężkie. W warunkach surowego klimatu, niedoboru odzieży i jedzenia, do pracy byli zmuszeni wszyscy między szesnastym a sześćdziesiątym rokiem życia. Tutaj też niekoniecznie przestrzegano odgórnych zaleceń. Nawet osoby starsze i dzieci od 12 roku życia zmuszano do wykonywania takiej samej pracy jak wszystkich pozostałych. Trwała przez kilkanaście godzin, czasami bez jednego dnia wolnego. W tych warunkach jednak dzieci miały większe szanse przetrwania. Chociaż było oczywiste, że pracują, zdobywają pożywienie i wspomagają matkę lub oboje rodziców, największe trudy były im oszczędzone. Osierocone trafiały do sierocińców.
Sieroty po Sybirakach
Bracia Lepionka, którzy zostali osieroceni już poza kołchozem, mieli szczęście. Z ochronki trafili prosto na statek, którym sieroty z Kazachstanu przewieziono do Iranu. Stamtąd dotarli do polskiego obozu w Nowej Zelandii, pierwszego miejsca, które mogli nazwać domem. (Lewandowska-Kąkol A., s. 32)
Los braci Lepionka poprawił się dzięki układowi Sikorski-Majski. Tak jak wiele sierot polskich w 1942 r. chłopcy się pod opiekę armii organizowanej przez gen. Andersa. Dorośli cywile, rodziny i osierocone dzieci trafiły do bezpiecznych miejsc, udostępnionych na całym świecie. Obok Nowej Zelandii, ośrodki utworzono w Meksyku, RPA, Indiach i Iranie. Ponieważ Polska znalazła się po II wojnie światowej w radzieckiej strefie wpływów, wiele osób zdecydowało się zostać zagranicą.
Mniej szczęścia mieli ich rówieśnicy Bohdan i Stefan Śliwińscy. W kołchozie na Syberii przebywali tylko z matką, która zginęła przywalona przez drzewo w 1944 roku. Chłopcy trafili do radzieckiego sierocińca. Tu polskie dzieci stanowiły najbardziej pogardzaną grupę. Były zmuszane do największej pracy (m.in. przy sianokosach) i otrzymywały najmniejsze racje żywnościowe.
Oczywiście bicie było na porządku dziennym, a chorymi praktycznie się nie zajmowano. (Lewandowska-Kąkol A., s. 12) Jeżeli przetrwały, to nierzadko z trwałymi problemami zdrowotnymi, nie mówiąc o traumie.

Powroty do ojczyzny
Pewnej części rodzin i sierot po Sybirakach udało się wrócić do Polski. Niektórzy trafili tu zaraz po wojnie. Wtedy milczało się o pochodzeniu i doświadczeniach zesłańców.
Ci, którzy trafili jako dzieci do ośrodków poza ZSRR mieli w miarę normalne życie, a po 1989 roku mogli odwiedzić kraj lub do niego wrócić. Największym problemem była repatriacja osób, które zostały w Związku Radzieckim i potem mieszkały w poradzieckich republikach. Dopiero w 2000 roku wydano ustawę o repatriantach. Nie spełniła ona jednak oczekiwań. Żeby można było przyjechać do Polski i zyskać promesy wizowe potrzeba zaproszenia od gmin lub osób prywatnych. To na nich spoczywa obowiązek zapewnienia środków i warunków do osiedlenia. Na początku XXI wieku rzeczywiście wzrosła liczba repatriacji, ale wkrótce zapał gmin ostygł. Powstały obawy czy państwo będzie pomagać gminom. Wiecznie brakuje środków, a sami repatrianci nie są zamożni. (Górzyński O., 2015)
1 sierpnia 2025 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o repatriacji. Po kontrolach, które wykazały niewydolność systemu, zwiększono ilość środków przeznaczonych na ten cel, ale uszczelniono przepisy. Osoba ubiegająca się o repatriację musi udowodnić, że ma polskie pochodzenie, a przodkowie zostali zesłani lub byli deportowani do ZSRR. (Horbaczewski R., 2025)
Na razie trudno ocenić jak nowe przepisy wpłynęły na usprawnienie systemu.
Bibliografia:
Agnieszka Lewandowska-Kąkol, Dzieci Sybiru. Tragiczne losy polskich dzieci na Wschodzie, Replika 2024
Magdalena Dzienis-Todorczuk, Macin Markiewicz, Wagony szły na Wschód . Rzecz o sowieckich deportacjach z lat 1940-1941, 16. 03.2019, (https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/nkwd/31258,Wagony-szly-na-Wschod-Rzecz-o-sowieckich-deportacjach-z-lat-1940-1941.html, dostęp 17.06.2026)
Oskar Górzyński, Repatriacja Polaków ze Wschodu, czyli wstyd dla III RP, 10 lipca 2015 (https://wiadomosci.wp.pl/repatriacja-polakow-ze-wschodu-czyli-wstyd-dla-iii-rp-6025263148065921a, dostęp 17.06.2026)
Rober Horbaczewski, Większa pomoc dla repatriantów, ale i szczelniejsze procedury, 01.08.2025, (https://www.prawo.pl/samorzad/nowelizacja-ustawy-o-repatriacji-jakie-zmiany,532525.html, dostęp 17.06.2026)