Raj, który zamienił się w piekło. Chory umysł Jima Jonesa i masakra w Świątyni Ludu

18 listopada 1978 roku gujańska dżungla pochłonęła 918 istnień ludzkich. Rodzice podawali dzieciom cyjanek strzykawkami, a potem sami chwytali za kubki z trucizną. Gdy następnego dnia odnaleziono ciała, leżały w idealnych rzędach, tworząc makabryczną mozaikę śmierci. To była największa tragedia w historii USA – aż do 11 września 2001 roku. Na magnetofonowej taśmie Q042 zachowały się ostatnie czterdzieści cztery minuty Świątyni Ludu. Na nagraniu słychać płacz dzieci, krzyki protestujących, ale przede wszystkim – spokojny głos Jima Jonesa przekonującego wyznawców, że śmierć to ich jedyna droga do wolności.
- Kaznodzieja z Indiany
- Świątynia Ludu
- Ucieczka do dżungli
- „Pomóżcie nam wydostać się z Jonestown”
- „Kongresman Stanów Zjednoczonych został zabity”
- Ostatnie minuty
- Co, którzy ocaleli
- Umysł Jonesa
- Pamięć
Kaznodzieja z Indiany
Jim Jones urodził się 13 maja 1931 roku w maleńkiej miejscowości Crete w stanie Indiana. Mały Jimmy zabiegał o uwagę na swój niezrozumiały dla innych i nie zawsze akceptowalny sposób – zamykał kolegów w stodole, zmuszając ich, by słuchali jego kazań. Przeprowadzał pogrzeby zwierząt. „Jimmy był naprawdę dziwnym dzieciakiem” – wspominał później jego przyjaciel Chuck Wilmore.
Mimo braku formalnego wykształcenia teologicznego, Jones otworzył swój pierwszy kościół w Indianapolis już w latach 50. Jego kongregację wyróżniało radykalne podejście do równości rasowej w głęboko segregacyjnej Ameryce. Jeszcze przed słynnym marszem na Waszyngton i słynnym wystąpieniem Martina Luthera Kinga, nieznany większości Amerykanów Jones głosił szlachetne idee tolerancji i kreślił wizję socjalistycznej utopii, gdzie wszyscy mieli być równi. Co nie jest szczególnie zadziwiające, jego kościół przyciągał głównie Afroamerykanów.
Jones twierdził, że posiadał dar czytania w myślach i uzdrawiania poprzez wiarę. Podczas nabożeństw rzekomo wyciągał nowotwory z ciał wiernych – w rzeczywistości były to kurze podroby. Ludzie mu jednak wierzyli. Stosował dobrze dzić rozumiane techniki manipulacji – obiecywał to, czego ludziom brakowało. Dawał poczucie, że tylko on może wybawić (choćby od choroby) i ochronić (przed rasizmem). Nie każdy kaznodzieja działa w ten sposób, ale każdy guru – owszem.

Świątynia Ludu
Najpierw było wspaniale – wielorasowa wspólnota, biali i czarni zasiadający przy jednym stole, pomoc dla potrzebujących. Ale powoli coś się zmieniało.
W połowie lat 60. Jones zaczął wymagać coraz więcej. Najpierw były prośby o datki. Potem o przekazywanie całego miesięcznego dochodu. W końcu – oczekiwania, że wierni spieniężą domy i pokornie oddadzą oszczędności życia. Kto protestował, był publicznie upokarzany podczas nabożeństw. Kto zaczynał wątpić w uzdrowicielskie moce Jonesa – zostawał ukarany. Było bicie, ośmieszanie, szantaże. Jones znał sekrety wszystkich – zmuszał wyznawców do pisania „wyznań” o grzechach, tych prawdziwych i tych wymyślonych. Potem używał tego jako broni. Czarnoskórym wmówił, że jeśli opuszczą Świątynię Ludu – jak nazwał swoją wspólnotę – trafią do obozów koncentracyjnych.
W 1965 roku Jones przeprowadził się do Kalifornii. W San Francisco jego kościół rozrósł się do tysięcy wiernych. Harvey Milk pisał do prezydenta Cartera, broniąc Jonesa jako „człowieka najwyższych wartości”. Ale Milk albo nie znał prawdy, albo z jakiegoś powodu był na nią ślepy. Za kulisami rozgrywał się istny horror. Jones organizował „fałszywe samobójstwa” – zwoływał wiernych w nocy, podawał jakiś dziwny napój, potem ogłaszał, że to była próba lojalności. Rodziny były rozbijane, dzieci oddzielano od rodziców. W imię czego?
Ucieczka do dżungli
Gdy w 1977 roku dziennikarze zaczęli zadawać niewygodne pytania, Jones uciekł do Gujany. Za nim podążyło kilkuset wiernych. Utworzona w dzikiej Ameryce Południowej osada Jonestown miała być socjalistycznym rajem. W rzeczywistości była kolonią karną.
Członkowie wspólnoty pracowali po jedenaście godzin dziennie w tropikalnym upale, nie dostając nawet wystarczających porcji jedzenia. Listy były cenzurowane. Nie można było opuścić osady. Głośniki transmitowały przemówienia Jonesa nawet w nocy. „Białe noce” – tak guru nazywał ćwiczenia, podczas których budził wszystkich alarmem, mówiąc, że „muszą być gotowi, by umrzeć”.
Do lutego 1978 roku w Jonestown mieszkało ponad 900 osób. Całe rodziny, dzieci, starsi ludzie – wszyscy uwięzieni w środku dżungli. Niektórym udało się uciec. Ich relacje były wstrząsające. Zdesperowane rodziny utworzyły grupę „Zaniepokojonych Krewnych” i zaczęły wywierać presję na polityków.
„Pomóżcie nam wydostać się z Jonestown”
Leo Ryan był kongresmanem znanym z osobistego badania każdego problemu. Przeszedł incognito do więzienia Folsom, żeby doświadczyć warunków za kratkami. „Nauczyłem się, że jeśli ulegniesz strachowi, nie możesz wykonywać swojej pracy” – powiedział później.
14 listopada 1978 roku Ryan wylądował w Gujanie z delegacją dziennikarzy i członków „Zaniepokojonych Krewnych”. Adwokaci Jonesa kategorycznie odmówili im dostępu do osady. Dopiero gdy Ryan zagroził, że pojedzie tam bez pozwolenia, Jones ustąpił. 17 listopada delegacja dotarła do Jonestown. Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie – zespół grał, ludzie tańczyli. Ale tego wieczoru dziennikarz otrzymał kartkę: „Pomóżcie nam wydostać się z Jonestown”.
Następnego ranka Ryan zapytał, czy ktoś chce wrócić do Stanów. Wystąpiło szesnaście osób. Gdy ciężarówka z uciekinierami opuszczała osadę, jeden z wiernych zaatakował kongresmana nożem. Ryan nie został ranny, ale znak był jasny.

„Kongresman Stanów Zjednoczonych został zabity”
Na małym lotnisku w Port Kaituma grupa wsiadała na pokłady dwóch samolotów. Ryan nalegał, żeby wszyscy opuścili Amerykę Południową w tym samym czasie – obawiał się zemsty Jonesa i nie zamierzał pozwolić, by ktokolwiek został na miejscu. Próby załatwienia drugiego samolotu opóźniły odlot. Wszyscy czekali na prymitywnym lotnisku pośród dziczy.
Późnym popołudniem z dżungli wyjechała ciężarówka. Wyskoczyło kilku uzbrojonych mężczyzn i bez ostrzeżenia otworzyli ogień. Kamerzysta NBC Bob Brown zdążył nagrać pierwszą salwę – potem sam padł martwy. Kongresman Leo Ryan zginął od strzału w głowę. Razem z nim zginęli trzej dziennikarze i jedna uciekinierka. Jackie Speier, asystentka Ryana, została trafiona pięć razy. Udawała martwą, gdy mordercy sprawdzali ciała. Leżała na rozgrzanym betonie przez 22 godziny, zanim nadeszła pomoc.
W Joestown, w tym samym czasie, Jim Jones wiedział, że to już koniec. Wezwał wszystkich do pawilonu. „Kongresman Stanów Zjednoczonych został zabity” – oznajmił. Magnetofon szpulowy nagrywał wszystko.
„Musimy umrzeć z godnością” – mówił Jones zmęczonym głosem. „Nie możemy wrócić. Przyjdą po nas. Będą torturować nasze dzieci”.
Tylko Christine Miller, 60-letnia Afroamerykanka, odważyła się protestować. „Dlaczego nie możemy pojechać do Rosji?” – pytała. Jones przekonywał, że to niemożliwe, że nie ma czasu. Inni krzyczeli na Miller, żeby się zamknęła. Ucichła, gdy Jones potwierdził szczegóły śmierci kongresmana.
Ostatnie minuty
Najpierw podano truciznę dzieciom. Jones wiedział, że gdy rodzice zobaczą śmierć swoich dzieci, stracą wolę życia. Pielęgniarki wstrzykiwały niemowlętom cyjanek do ust. Starsze dzieci piły Flavor Aid zmieszany z cyjankiem i środkami uspokajającymi.
Potem przyszła pora na dorosłych. Niektórzy pili dobrowolnie, wierząc w „rewolucyjne samobójstwo”. Inni chcieli „umrzeć z godnością” albo – zgodnie z przewidywaniami Jonesa – rzeczywiście stracili wolę życia. Jeszcze inni musieli być zmuszani – uzbrojeni strażnicy otaczali pawilon. Taśma zarejestrowała płacz, krzyki, ale też oklaski części tłumu. W co wierzyli ci, którzy klaskali? Skąd ten aplauz?
Około północy wszystko ucichło. 909 ludzi leżało nieruchomo. Martwi. Znaleziono także ciało Jima Jonesa.
Co, którzy ocaleli
Następnego dnia gujańscy żołnierze dotarli do Jonestown. Setki ciał w bliskiej odległości. Rodzice tulący martwe dzieci. Rodzeństwo trzymające się za ręce. Całe rodziny leżące razem. W tropikalnym upale ciała już się rozkładały.
Znaleziono pół miliona dolarów w gotówce i walizki z paszportami. Po jakimś czasie na zagranicznych kontach znalazły się zdeponowane przez Jonesa miliony.
Kto ocalał? Nieliczni. Jedenaścioro ludzi uciekło z osady jeszcze przed tragedią. Synowie Jonesa byli w Georgetown z drużyną koszykarską. 76-letnia Hyacinth Thrash znalazła schronienie w chacie, pod łóżkiem – obudziła się rano jako jedyna żywa osoba w obozie.
Larry Layton, który otworzył ogień na lotnisku, był jedynym osądzonym w USA za zbrodnie popełnione w Jonestown. W 1987 roku skazano go na dożywocie, zwolniono warunkowo w 2002.
Jackie Speier przeżyła pięć postrzałów i kontynuowała karierę polityczną. W 2008 wygrała wybory do Kongresu, reprezentując ten sam okręg co Ryan. „Nie mogłam pozwolić, żeby terroryści wygrali” – powiedziała. Co roku odwiedza grób Leo Ryana. On sam w 1983 roku został pośmiertnie odznaczony Złotym Medalem Kongresu.
Umysł Jonesa
Sam Jones pogrążał się w narkotykowym uzależnieniu i paranoicznym szaleństwie. Zażywał amfetaminę, pentobarbital, morfinę – czasem wszystko naraz. Wierzył, że CIA go śledziło, że rząd USA planował atak. Był paranoikiem. Ale za tym zaburzeniem kryło się coś jeszcze bardziej przerażającego – zimna, wyrachowana manipulacja.
Psycholog Philip Zimbardo, który przez 25 lat badał tragedię w Jonestown, odkrył niepokojące podobieństwa między metodami Jonesa a technikami kontroli umysłu opisanymi w „Roku 1984” George’a Orwella. Stała inwigilacja. Przepisywanie historii. Niszczenie języka. Izolacja od świata zewnętrznego. Jones nie był tylko szalonym narkomanem –był czytelnikiem Orwella, który wykorzystał fikcyjny podręcznik totalitaryzmu jako instrukcję obsługi dla własnego kultu. Każdego, kto próbował odejść, nazywał zdrajcą. Każdą krytykę interpretował jako spisek. W swoim chorym, ale wyrachowanym umyśle stworzył świat, w którym tylko śmierć mogła być wybawieniem – a on sam był jedynym, który wiedział, kiedy nadejdzie czas. Co mówią psychologowie i psychiatrzy? Narcystyczne zaburzenie osobowości, socjopatia to częste teorie. Diagnozy typowe dla samozwańczych proroków.
Pamięć
Masakra w Jonestown na zawsze zmieniła postrzeganie sekt. Termin „wypić Kool-Aid” (mimo że ofiary piły syrop Flavor Aid) wszedł do języka jako określenie ślepego posłuszeństwa. Ale to uproszczenie ignoruje prawdę – większość nie popełniła samobójstwa z wyboru. Byli zmuszani, zatruwani siłą, po prostu mordowani.
Nauczyciele walczący z rasizmem. Rodzice marzący o lepszym świecie dla dzieci. Starsi ludzie szukający wspólnoty. Nie byli szaleńcami – byli zwykłymi ludźmi, którzy uwierzyli charyzmatycznemu przywódcy obiecującemu utopię.
Jones wykorzystał ich idealizm, pragnienie sprawiedliwości, potrzebę przynależności. Stopniowo ich odizolował, rozbił rodziny, zniszczył zdolność krytycznego myślenia. A gdy jego imperium się waliło, wybrał dla nich śmierć.
18 listopada 1978 roku zginęło łącznie 918 ludzi. Pięcioro na lotnisku. 909 osób w Jonestown. Czworo (Sharon Amos – wysokiej rangi członkini sekty – oraz troje jej dzieci) w siedzibie Świątyni w Georgetown. Wśród ofiar było 304 dzieci, które nigdy nie miały wyboru.
Taśma Q042 wciąż jest w archiwach FBI. Ci, którzy nagranie słyszeli, nigdy nie zapomną krzyków dzieci, płaczu matek, hipnotycznego głosu Jonesa przekonującego, że śmierć to wolność.
To ostatnie świadectwo największej tragedii kultu w historii. Ostrzeżenie o tym, dokąd prowadzi ślepa wiara w słowa charyzmatycznego przywódcy. Przypomnienie, że idealizm bez krytycznego myślenia może stać się drogą do samozniszczenia.
Źródła
- https://www.apa.org/monitor/nov03/jonestown
- https://en.wikipedia.org/wiki/Peoples_Temple
- https://en.wikipedia.org/wiki/Jonestown