Nazwano go „Potworem z Andów”. Przyznał się do 300 morderstw i... zniknął bez śladu

W 1980 roku, w ekwadorskim mieście Ambato, przekupka znana jako Carolina Ramon zauważyła, że nieznajomy mężczyzna próbował odciągnąć jej córkę od straganu. Krzyknęła. Sąsiedzi rzucili się w pogoń. Mężczyzna nie zdążył uciec. Siedząc już w więziennej celi, zmanipulowany przez policję, przyznał się do zabójstwa ponad trzystu dziewczynek. Dopiero gdy zabrał policjantów w Andy i pokazał im groby, zrozumieli, że Pedro López mówił prawdę.
- La Violencia
- Dziecko ulicy
- Peru
- Ambato
- Rozmowy w więziennej celi
- „Człowiek stulecia”
- Co najtrudniej wybaczyć
La Violencia
Pedro Alonso López urodził się 5 października 1948 roku w departamencie Tolima w Kolumbii jako siódme z trzynaściorga dzieci Benildy López de Castañeda. Kraj, w którym przyszedł na świat, przeżywał właśnie jeden z najbardziej krwawych okresów w swojej historii – La Violencia, dziesięcioletni konflikt zbrojny między liberałami a konserwatystami, który pochłonął od dwustu tysięcy do trzystu tysięcy ofiar. Ojciec Pedra, Midardo Reyes, zginął w zasadzce sześć miesięcy przed narodzinami syna, broniąc sąsiedniej wioski.
Matka gotowa była na wszystko, żeby zapewnić rodzinie chleb i dach nad głową. Zarabiała jako prostytutka i trzymała dzieci w ryzach, stosując przemoc. Pedro miał osiem lat, gdy przyłapała go na seksualnym zainteresowaniu jedną ze swoich córek. Wyrzuciła go z domu. Chłopiec trafił na ulice Bogoty.
Dziecko ulicy
Bezdomny López przyłączył się do gangu innych bezdomnych chłopców. Zanim trafił pod czyjąkolwiek opiekę, ulica zdążyła go skrzywdzić po raz pierwszy. Gdy błąkał się po Bogocie, podszedł do niego nieznajomy, który zaoferował mu jedzenie i nocleg. Zamiast tego zabrał chłopca do opuszczonego budynku i wielokrotnie go zgwałcił.
Kiedy López miał dwanaście lat, starsza para amerykańskich emigrantów znalazła go żebrzącego na ulicy. Oni, dla odmiany, naprawdę chcieli mu pomóc. Wzięli go do domu, zapewnili mu jedzenie i dach nad głową, a następnie zapisali do szkoły dla sierot. Okazali mu wiele życzliwości – to była dla Pedra nowość. Nie zdołali jednak uchronić chłopaka przed kolejnymi traumami. Gdy miał dwanaście lat, jeden z nauczycieli go molestował. López ukradł ze szkoły pieniądze i uciekł.
Część biografów kwestionuje tę wersję – sugerują, że López mógł wymyślić lub przerysować historię z nauczycielem, by usprawiedliwić ucieczkę, bo po poprzednich doświadczeniach z obcymi po prostu nie potrafił już nikomu ufać. Jak w całej sprawie Lopeza – wiele zależy od tego, na ile jesteśmy skłonni wierzyć człowiekowi, który przyznał się do trzystu morderstw i określił siebie mianem „człowieka stulecia”.
W każdym razie po ucieczce wrócił na ulicę. Kradł samochody i sprzedawał je na części. Gdy miał dwadzieścia jeden lat, trafił do więzienia. Tam został brutalnie zgwałcony przez grupę współwięźniów. Poprzysiągł zemstę i kolejno zabił trzech z nich nożem. Nigdy nie postawiono mu zarzutów – strażnicy uznali, że to osobiste porachunki. Jedyną karą było przedłużenie wyroku o dwa lata.
Pedro wyszedł na wolność w 1978 roku.
Peru
López twierdził, że tuż po wyjściu z więzienia zaczął mordować dziewczynki. Wędrował przez Kolumbię, potem przekroczył granicę Peru. Działał metodycznie: znajdował ofiary na targowiskach i w wiejskich alejkach, oferował drobne podarunki – lusterko, słodycze, monetę – i prowadził je w odludne miejsca, gdzie wcześniej przygotowywał groby.
López powiedział później, że zabijał od dwóch do trzech dziewczynek tygodniowo w szczytowym okresie swojej działalności. Ofiary miały od dziewięciu do dwunastu lat, najczęściej pochodziły z ubogich rdzennych społeczności. Ich zniknięcia policja kwalifikowała jako przypadki handlu ludźmi lub ucieczki z domu.
Kres peruwiańskiemu rozdziałowi położyła rdzenna społeczność Ayacuchów. Gdy López próbował uprowadzić dziewięciolatkę z ich wioski, mężczyźni go dopadli, rozebrali, pobili i zakopali po szyję w piasku, polewając miodem – zostawiając mrówkom na pożarcie. Uratował go amerykański misjonarz, który przekonał plemię, by przekazało sprawę policji. Policja zarejestrowała Lópeza i deportowała do Kolumbii, nie zastanawiając się głębiej nad jego zbrodniami.
On jednak nie zamierzał wracać do Kolumbii. Przekroczył granicę Ekwadoru.
Ambato
W Ekwadorze osiągnął swój „szczyt”. Powiedział potem, że dziewczynki z Ekwadoru były bardziej ufne i niewinne. Polował na targowiskach w Ambato i okolicach, doskonaląc swoje metody. Opisywał, jak przytulał ofiary do świtu, a potem dusił je o wschodzie słońca, rozkoszując się chwilą, gdy gasło w ich oczach życie – określał to jako „pewne światło”. Nazywał uprowadzone dziewczynki „muñequitas” – laleczkami.
Rodziny zgłaszały zaginięcia. Policja wpisywała kolejne sprawy w rubrykę „handel ludźmi”. W Ameryce Południowej było to zjawisko tak powszechne, że policja częściej rozkładała ręce w geście bezradnośni niż podejmowała sensowne działania. Rodzice wykazywali się większą determinacją. Jedna z matek wykupiła ogłoszenie w gazecie, szukając swojej córki. Nikt nie łączył zaginięć w jeden wzorzec i szczerze mówiąc, nikt szczególnie się nad tymi zgłoszeniami nie pochylał – bo ofiary były biedne, rdzenne, niewidoczne dla systemu.
Zmienił to przypadek. Pod koniec 1979 roku i na początku 1980 roku okolice Ambato nawiedziły powodzie. Wody odsłoniły szczątki kilku dziewczynek, wcześniej zgłoszonych jako zaginione. Dopiero wtedy policja zaczęła łączyć fakty. Trzy dni po marcowej powodzi mieszkańcy zobaczyli Lópeza, jak zbliżył się do dwunastoletniej Mariny (lub Maríi) Román Poveidy, która pracowała na targu Plaza Rosa. Próbował odciągnąć dwunastolatkę. Tym razem został w porę schwytany i oddany w ręce władz.

Rozmowy w więziennej celi
Na początku López milczał. Podczas przesłuchań policja nie mogła go złamać. Wtedy kapitan Pastor Córdova Gudino wpadł na pomysł. Przebrany za więźnia, spędził z Lopezem w jednej celi dwadzieścia siedem dni. Zdobywał jego zaufanie powoli – częstując papierosem, zagadując, udając solidarność.
López w końcu się otworzył. Powiedział: „ponad dwieście w Ekwadorze, kilkadziesiąt w Peru i o wiele więcej w Kolumbii”. Opisał każdy szczegół swojej metody. Zaproponował, że kiedyś pokaże groby.
Córdova powiedział potem: „Przez 27 dni prawie nie spałem, bo bałem się, że zostanę uduszony we śnie. Przez cały czas miałem owinięty ręcznik wokół gardła. Ale wciągnąłem Lopeza w pułapkę, udając, że sam jestem gwałcicielem. Chwalił mi się morderstwem za morderstwem. To przerosło moje najgorsze koszmary. Powiedział mi wszystko”.
Policja pojechała z mordercą w Andy. Odnalazła pięćdziesiąt trzy ciała pogrzebane w płytkich grobach. Prezydent Ekwadoru wydał rozkaz, by López prowadził śledczych przez cały kraj, dopóki nie odkopią wszystkich ofiar.
López był sądzony za sto dziesięć morderstw i przyznał się do winy. W 1981 roku skazano go na szesnaście lat – maksymalny wymiar kary przewidziany w ekwadorskim prawie. Sąd nie mógł wymierzyć wyższej kary, nawet gdyby chciał. Ekwador nie miał wówczas dożywocia.
„Człowiek stulecia”
31 sierpnia 1994 roku Pedro López opuścił więzienie García Moreno koło Quito, zwolniony dwa lata przed terminem za dobre zachowanie. W wywiadzie tuż przed wyjściem powiedział o sobie: „człowiek stulecia”.
Godzinę po wyjściu aresztowano go jako nielegalnego imigranta i deportowano do Kolumbii. Tam prokuratorzy próbowali postawić mu zarzuty za zbrodnie popełnione w tym kraju. Nie dali rady – dowody były zbyt łatwe do podważenia. Sąd orzekł niepoczytalność Lópeza i skierował go do szpitala psychiatrycznego.
W 1998 roku szpital ogłosił, że López jest zdrowy psychicznie, i zwolnił go za kaucją w wysokości kilkudziesięciu (według jednych źródeł – pięćdziesięciu, według innych – siedemdziesięciu) dolarów. Miał się meldować na policji co miesiąc. Nie zameldował się ani razu.
Odwiedził matkę. Dowiedziawszy się, że żyła w biedzie i nie było żadnego majątku do podziału, sprzedał jej meble matki przechodniom na ulicy. Potem zniknął.
Ostatni raz widziano go w 1999 roku w Bogocie, przy okienku urzędu, gdzie odnawiał dowód tożsamości. W 2002 roku Interpol wystawił za nim list gończy w związku z nowym morderstwem. Od tamtej pory – nic.
Co najtrudniej wybaczyć
Sprawa Lopeza nie jest tylko historią jednego człowieka. Jest historią systemu, który pozwolił seryjnemu mordercy działać przez parę lat.
Ofiary były niewidoczne, zanim zginęły – biedne, z prowincji, żyjące w slumsach. Przypomnijmy: policja w trzech krajach przez lata zakładała, że masowe zaginięcia małych dziewczynek to efekt handlu ludźmi, nie działalność jednego sprawcy. Ten błąd nie wynikał wyłącznie z braku kompetencji – wynikał także z tego, kogo uznawano za wartego poszukiwania.
Gdy López w końcu trafił do więzienia, prawo wymierzyło mu karę nieadekwatną do ogromu winy. Gdy wyszedł, trzy kraje – Ekwador, Kolumbia, Peru – przez kolejne lata nie były w stanie go nawet namierzyć, choć każdy o nim wiedział. Major Lascaño, gubernator więzienia w Ambato, powiedział przy zwolnieniu Lopeza wprost: „Boże, chroń dzieci. Jest niereformowalny i zupełnie pozbawiony skruchy. Ten koszmar może zacząć się od nowa”.
Nikt go nie posłuchał. Potwór z Andów jest wolny. Albo nie żyje. Nikt tego nie wie na pewno. I to jest może najbardziej przerażające zdanie, jakie można napisać o tej sprawie.
Źródła
- https://www.biography.com/crime/pedro-alonso-lopez
- https://www.serialkillercalendar.com/Pedro%20Alonso%20LOPEZ%20bio.php
- https://allthatsinteresting.com/pedro-lopez