Wszyscy chwalili jego budkę za świeże mięso. Prawda o tym, co sprzedawał, zszokowała miasto

Berlin, tuż po I wojnie światowej. W Republice Weimarskiej to lata chaotyczne, naznaczone klęską wojenną i hiperinflacją, która zmieniła banknoty w makulaturę. Tysiące kobiet przyjeżdżają z prowincji do stolicy w poszukiwaniu pracy i dachu nad głową. Część z nich ląduje na ulicy, część idzie do fabryk, część szuka czegokolwiek. Tymczasem przy Placu Andreasa, niedaleko dworca, stoi budka z kiełbaskami. Kolejki są długie, mięso zawsze świeże. Właściciel budki mieszka niedaleko, przy Langestrasse. Kobiety chętnie do niego wchodzą. Rzadko wychodzą.
- Neuruppin
- Rzeźnik i włóczęga
- Powrót
- Kriminalviertel
- Interes
- Kanały
- Frieda Schubert
- Krzyki z trzeciego piętra
- Marie Nitsche
- Proces
- Nie czekając na wyrok
Neuruppin
Karl Friedrich Wilhelm Großmann urodził się 13 grudnia 1863 roku w Neuruppin w Brandenburgii, jako jedno z ośmiorga dzieci zbieracza szmat. O jego dzieciństwie nie wiadomo prawie nic – żadnych wspomnień, żadnych szkolnych dokumentów, żadnych relacji sąsiadów. Großmann pojawia się w aktach dopiero wtedy, gdy zaczyna sprawiać kłopoty.
Szkołę rzucił najprawdopodobniej na poziomie trzeciej klasy i poszedł do pracy w fabryce tekstyliów. Dwa lata później przeniósł się do Berlina, gdzie imał się różnych zajęć. Nie wypracował sobie dobrobytu, za to zaczął wpadać w kolejne kłopoty.
Rzeźnik i włóczęga
W wieku dziewiętnastu lat Großmann stanął przed sądem po raz pierwszy – za żebranie. To był dopiero początek. Przez następne dekady był skazywany regularnie – za kradzieże, włamania, oszustwa, napaści. Między wyrokami pracował dorywczo jako pomocnik rzeźnika, handlarz uliczny, robotnik. Rzeźnictwo interesowało go szczególnie. Uczył się więc fachu, by wkrótce stać się kimś więcej niż pomocnikiem.
Ale Karl nie zamierzał stać się porządnym człowiekiem. Jego wczesna dorosłość upływała pod znakiem eskalującej przemocy seksualnej. W wieku dwudziestu kilku lat został skazany za molestowanie dzieci. W 1897 roku aresztowano go za molestowanie dwunastolatki w Norymberdze. W 1899 roku w Bayreuth Großmann napadł na dziesięciolatkę i czteroipółletnią dziewczynkę. Aresztowano go i dostał piętnaście lat za zgwałcenie obu dziewczynek. Młodsza z nich zmarła wkrótce po ogłoszeniu wyroku zmarła z powodu infekcji po całkowitym rozerwaniu krocza.
Piętnaście lat. Potem wyszedł i wrócił na berlińskie ulice.
Powrót
W więzieniu nie został zresocjalizowany. Po wyjściu na wolność znów dopuszczał się napaści, molestowania, rozbojów. W aktach policyjnych figuruje jako wielokrotny recydywista z długą historią przemocy wobec kobiet i dzieci. Mimo to Berlin był wystarczająco duży, żeby go wchłonąć, pozwolić mu zniknąć w tłumie. Miasto miało inne problemy, jak narastające ubóstwo. W trakcie I wojny światowej i tuż po jej zakończeniu panował chaos.
Podczas wojny Großmann był zwolniony z poboru ze względu na wiek. Gdy inni mężczyźni ginęli w okopach, on został w Berlinie. I obmyślał interes.
Kriminalviertel
Jeszcze przed wybuchem wojny Großmann wynajął obskurne mieszkanie na górnym piętrze kamienicy niedaleko Dworca Śląskiego. Dworzec ten znajdował się w dzielnicy Friedrichshain – robotniczej, gęsto zaludnionej, powstałej w wyniku gwałtownej industrializacji XIX wieku. To była jedna z najbiedniejszych części Berlina, pełna ciasnych kamienic czynszowych, fabryk, warsztatów i tanich knajp. Obszar wokół stacji i pobliskiego Placu Andreasa (gdzie Karl pracował) był znany jako Kriminalviertel – dzielnica kryminalna – rojąca się od prostytutek, podejrzanych handlarzy, drobnych złodziei i gangów. Ringvereine – berlińskie organizacje przestępcze kontrolujące bary, sex-biznes, alkohol i narkotyki – miały tu swoją bazę. Policja wchodziła do tej części miasta niechętnie i rzadko. Jak pisał jeden z ówczesnych kryminologów: w okolicach Dworca Śląskiego nie lubiano wtrącać się w miłosne sprawy współmieszkańców. Dla Großmanna było to idealne miejsce.
Mieszkanie, które wynajął, miało osobne wejście, więc inni lokatorzy rzadko go widywali. Nie szukał zresztą towarzystwa. Był skryty i powszechnie uznawany za nieprzyjemnego, ale płacił czynsz na czas, więc właściciel kamienicy dawał mu spokój, choć niektórym sąsiadom nie podobało się, że wczesnymi godzinami rannymi Karl wracał z nocnych biesiad z chichotliwymi prostytutkami. Stać go było na alkohol i kobiety.
Sąsiedzi widzieli, że kobiety do niego przychodziły. A że nie wychodziły – cóż. Przecież w tamtej okolicy nie lubiano się wtrącać.
Interes
Podczas wojny Großmann sprzedawał mięso na czarnym rynku i prowadził budkę z kiełbaskami przy Placu Andreasa, niedaleko Dworca Śląskiego. Berlin głodował – kartki żywnościowe, reglamentacja, kolejki po chleb. A budka Großmanna była zawsze dobrze zaopatrzona. Mięso zawsze świeże. Ceny przystępne. Kolejki długie.
Ale skąd właściciel popularnej budki miał mięso? Jaki to był szwindel, jakie kontakty pozwalały mu prowadzić interes? Tylko nieliczni zadawali sobie te pytania. W gruncie rzeczy najważniejsze było, że za niewielkie pieniądze można było dostać ciepłą kiełbasę. Interes się kręcił.
Kanały
Berlińskie kanały zaczęły oddawać swoje tajemnice stopniowo. Zaczęto znajdować kobiece szczątki w kanale Luisenstadt i w zbiorniku Engelbecken – czasem codziennie. Fragmenty ciał – starannie opakowane w papier, rozrzucone wzdłuż brzegów i nasypów kolejowych – były na tyle zdekompletowane, że identyfikacja okazywała się niemożliwa lub trwała tygodniami.
Równolegle na komisariatach w całym Berlinie pojawiały się teczki ze zgłoszeniami zaginięć. Część zgłoszeń pochodziła od zmartwionych rodzin, które nie miały od córek wiadomości – niewinnych dziewczyn szukających pracy w mieście. Ale spora część zgłoszeń pochodziła od jednego człowieka – Carla Großmanna. Regularnie stawiał się na posterunkach i informował, że kolejna służąca odeszła bez uprzedzenia albo że gospodyni zniknęła bez słowa. Policja przyjmowała zgłoszenia, ale czy ktokolwiek specjalnie się przejmował służącą, która rzuciła pracę?
Zresztą kobiety z biedniejszych części Berlina znikały dość często – uciekały przed biedą, przed mężami, przed długami. Zawsze znajdowało się wytłumaczenie. Nikt nie łączył szczątków z kanałów z teczkami zaginionych. Nikt jeszcze nie szukał jednego człowieka.
Frieda Schubert
W październiku 1920 roku w kanale Luisenstadt znaleziono szczątki młodej kobiety, którą później zidentyfikowano jako Friedę Schubert. Jej koleżanka Martha Baltzer zgłosiła policji zaginięcie Schubert i zeznała, że ostatni raz widziała ją w towarzystwie Großmanna. Dodatkowym świadkiem był narzeczony Friedy, Otto Tannenbaum.
„Berliner Morgenpost” donosił, że zabójca przepiłował jej kości z taką brutalnością, że ramię zostało oderwane od barku, a serce wyrwane z klatki piersiowej. Policja uznała, że to robota sadysty. 21 października policja przeszukała mieszkanie Großmanna i znalazła torebkę zaginionej kobiety. Großmann wytłumaczył, że Frieda zostawiła ją dobrowolnie. Funkcjonariusze kupili to wytłumaczenie i dali Karlowi spokój.
Krzyki z trzeciego piętra
21 sierpnia 1921 roku mieszkańcy kamienicy przy Langestrasse 88/89 usłyszeli krzyki dobiegające z trzeciego piętra. Potem nastała niepokojąca cisza.
Wezwali policję. Gdy funkcjonariusze wyważyli drzwi, zastali Großmanna przy pracy – klęczącego nad ciałem młodej kobiety, zakrwawionego od stóp do głów. Na ścianach widoczne były ślady krwi – wskazujące, że w poprzednich tygodniach w tym samym miejscu zginęły co najmniej kilka osób.
Großmanna aresztowano. Nie stawiał oporu.
Marie Nitsche
Ostatnią ofiarą Karla Großmanna była Marie Nitsche – to właśnie ta młoda kobieta, której ciało zastała w mieszkaniu policja. Tyle wiadomo na pewno. Kim była, skąd przybyła, jak trafiła na Langestrasse – tego nie udało się ustalić w pełni. Jak większość ofiar Großmanna, była kobietą bez silnych więzi z miastem. Kobietą, której zaginięcie mogło długo pozostać niezauważone.
Lista ofiary Großmanna jest długa. Były to prostytutki albo niewinne młode dziewczęta ze wsi. Obie grupy kobiet znajdowały się poza ochronnym kręgiem rodziny i społeczeństwa. Właśnie dlatego nikt nie interesował się ich losem – dopóki nie zaczęto znajdować szczątków. Między kolejnymi zabójstwami były gwałty, często zgłaszane na policji i równie często przez policję ignorowane. Aż do aresztowania sprawcy.
Po tygodniach przesłuchań Großmann częściowo przyznał się do winy. Potwierdził zabójstwo Nitsche i przyznał się do odpowiedzialności za śmierć jeszcze dwóch kobiet – tłumacząc je napadami szału wywołanymi przez kradzież, nie motywami seksualnymi. Tym razem śledczy nie uwierzyli już w ani jedno słowo.
Proces
Po trzech dniach zeznań licznych świadków Großmann został uznany za winnego morderstwa i skazany na śmierć. Według współczesnych relacji Großmann roześmiał się, gdy ogłoszono wyrok.
Było oczywiste, że przez dobrych parę lat mordował i ćwiartował swoje ofiary, a mięso sprzedawał jako kiełbasę. Biorąc pod uwagę lokalizację budki przy ruchliwej stacji kolejowej, Großmann zamienił tysiące głodnych berlińczyków w mimowolnych kanibalów. Kości i nienadające się do spożycia resztki wrzucał do rzeki. Pakował fragmenty ciał w małe papierowe paczki i rozrzucał je wzdłuż brzegów kanałów i nasypów kolejowych.
Ile kobiet naprawdę zamordował – tego nikt nie wie. Jeden raport z 1921 roku mówi o przyznaniu się do około dwudziestu morderstw na przestrzeni dwudziestu lat. Raport z 1922 roku – zaledwie o czterech. Niektórzy śledczy podejrzewali, że ofiar było nawet sto. Prawda leży gdzieś między tymi liczbami i najprawdopodobniej nigdy nie zostanie ustalona.

Nie czekając na wyrok
5 lipca 1922 roku Karl Großmann powiesił się w celi więzienia Moabit w Berlinie, nie czekając na zakończenie procesu. Nie pozostawił pełnego zeznania. Nie podał nazwisk wszystkich swoich ofiar. Nie wyjaśnił motywów. Zabrał wszystko ze sobą.
Trzy dni zeznań świadków to trzy dni istnej prasowej obsesji. Sprawa była szeroko komentowana, stając się nie tylko medialną sensacją, ale też symbolem społecznych obaw przed miejską degrengoladą, rozpadem norm obyczajowych i przemocą seksualną w powojennych Niemczech. Prasa weimarska odegrała ogromną rolę w kształtowaniu narracji o tej historii oraz o ofiarach Großmanna. Czy zabijał kobiety „moralne” czy „niemoralne”? Liberalna prasa wydawnictwa Ullstein (m.in. „BZ am Mittag”) wypracowała specyficzny sposób opisywania ofiar – jako kobiet, które padły ofiarą nie własnych wyborów, lecz powojennej biedy i miejskiego chaosu. To było obliczone na empatię czytelniczek z klasy średniej, które mogły się utożsamić z losem zagubionej dziewczyny szukającej pracy, nie z prostytutką. Prasa konserwatywna i prawicowa używała sprawy inaczej – jako dowodu na moralny rozkład Republiki Weimarskiej i rozpad tradycyjnych więzi społecznych. Großmann stał się w tych narracjach nie tyle jednostkowym potworem, ile objawem chorego systemu.
Großmann przeszedł do historii jako „Rzeźnik z Berlina”. Jest często wymieniany obok innych niemieckich morderców z okresu Republiki Weimarskiej – Petera Kürtena, Fritza Haarmanna i Karla Denkego. Wszyscy działali mniej więcej w tym samym czasie, wszyscy polowali na słabych i niewidzialnych, wszyscy przez lata unikali kary. Berlin był wtedy miastem, które miało za dużo problemów, żeby zauważyć jeszcze jeden.
Źródła
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Carl_Gro%C3%9Fmann
- https://www.youtube.com/watch?v=EtDxdt5L2aQ