Te fryzury z PRL robiły furorę – dziś trudno uwierzyć, że były modne

Dziś style mieszają się ze sobą na każdym kroku, ale w drugiej połowie XX wieku rządziły konkretne trendy — i to bez kompromisów. Dotyczyło to nie tylko ubrań, lecz także fryzur, które potrafiły zdradzić więcej niż niejeden strój. Do PRL-u nowinki trafiały okrężną drogą: przez ekran kinowy i radiowe przeboje, które rozpalały wyobraźnię. Problem w tym, że naśladowanie gwiazd wcale nie było takie proste — brakowało kosmetyków, narzędzi, a przede wszystkim fryzjerów, którzy umieliby „zrobić to jak trzeba”. Jak więc wyglądała walka o modną fryzurę w tamtych czasach i co naprawdę nosiło się na głowie w PRL?
- Moda i fryzury w PRL mimo braków
- Fryzury w PRL: loki i brak ekstrawagancji
- Fryzury lat 60.: Bardot i Beatlesi
- Fryzury lat 70.: naturalność i trwała ondulacja
- Fryzury lat 80.: tapirowanie i odrosty
Moda i fryzury w PRL mimo braków
PRL kojarzy się dziś z szarością, niedoborem i pustymi półkami. A jednak nawet komunistyczna urawniłowka oraz problemy z dostępem do modnych ubrań nie zatrzymały młodych przed gonieniem za trendami. Mimo żelaznej kurtyny wieści o tym, co nosi się na Zachodzie, docierały do Polski, a młodzież kombinowała na wszystkie sposoby, by wyglądać „jak trzeba”. W tamtych latach strój i uczesanie miały znaczenie — niemodna kurtka czy fryzura mogły od razu przykleić łatkę obciachu.
Jasne, o łatwym kupowaniu zachodnich ciuchów nie było mowy. Najczęściej dało się je zdobyć za waluty w Pewexie albo za złotówki na bazarze. W obu przypadkach ceny potrafiły zwalić z nóg, a rodzice nie zawsze byli w stanie spełnić marzenie syna czy córki o najmodniejszym fasonie. I tu wchodziła słynna polska zaradność: krawcy i szewcy błyskawicznie podpatrywali kroje, szyli podobne ubrania i robili buty „jak z zagranicy”. Wiele osób potrafiło też szyć samodzielnie, a w każdym mieście działały sklepy z tkaninami i pasmanterią, gdzie można było skompletować wszystko od materiału po guziki.
Z fryzurami bywało trochę prościej — wystarczył dobry fryzjer, który nauczył się modnych cięć, podpatrując zagraniczne gwiazdy w kinie albo w telewizji. Problem w tym, że dla zwykłych nastolatków i dwudziestolatków dotarcie do takiego fachowca wcale nie było oczywiste. W najlepszych salonach strzygły się osoby z pieniędzmi i znane twarze, a w typowych, osiedlowych zakładach rzadko kto potrafił odtworzyć najnowsze trendy. Do dziś wielu wspomina polowanie na „tego” fryzjera w centrum: 3–4 godziny stania w kolejce, a efekt nierzadko jak po wizycie na osiedlu. Dlatego sporo młodych kończyło na samodzielnym strzyżeniu albo na pomocy koleżanki — i na fryzurze, która z daleka miała przypominać uczesanie modnej gwiazdy muzyki.
Fryzury w PRL: loki i brak ekstrawagancji
Tuż po wojnie, w czasie intensywnej odbudowy, najczęściej wybierano fryzury wygodne i łatwe w utrzymaniu: krótkie cięcia albo proste uczesania w miękkie loczki. Równolegle na świecie królował hollywoodzki efekt „burzy loków” kojarzony z Marilyn Monroe. Do tej estetyki po latach nawiązała Wioletta Villas, układając swoje gęste włosy w imponującą kaskadę loków. W realiach PRL jej fryzura i cały wizerunek wywoływały jednak sporo emocji i niejedną kontrowersję.
W męskiej modzie dominował minimalizm i brak fajerwerków. Na Zachodzie popularne było uczesanie à la James Dean: włosy zaczesane do tyłu, celowo lekko potargane, z nieco dłuższymi bokami. W Polsce panowie również strzygli się podobnie — raczej krótko i z przedziałkiem lub zaczesaniem do tyłu. W epoce propagandy robotniczo-chłopskiej mało kto decydował się na wyraźniejsze ekstrawagancje, by nie narazić się na zarzut „prozachodnich” sympatii.
Fryzury lat 60.: Bardot i Beatlesi
W latach 60. kobiety oszalały na punkcie wszelkich kucyków, końskich ogonów, opasek i kokardek — wszystkiego, co pozwalało wyczarować na głowie jak największą „burzę” włosów, ale wciąż pod pełną kontrolą i z wyraźnym porządkiem. Trendy w damskich fryzurach wyznaczała ówczesna seksbomba Brigitte Bardot: jej wysoko upięty koński ogon i imponująca masa bujnych blond włosów stały się marzeniem wielu kobiet.
Na topie było tapirowanie, czyli podbijanie objętości, żeby włosy wyglądały na gęstsze i bardziej spektakularne. Często czesano je gładko do tyłu, a końcówki wywijano na zewnątrz, by dodać fryzurze lekkości i charakteru. Grzywkę oddzielano od reszty szeroką opaską, która od razu przyciągała wzrok. Popularne były także tapirowane koki — im większe, tym lepiej. Ogólna zasada była prosta: fryzura miała robić wrażenie, włosy miały wyglądać jak „napompowane” i tworzyć na głowie efekt niemal ogromnego hełmu.
W latach 60. Beatlesi rozkręcili modę na dłuższe włosy u mężczyzn. Taka fryzura miała zaokrąglony kształt i wyraźnie dłuższą grzywkę, która zmieniała wygląd całej twarzy. Nastolatkowie masowo zapuszczali włosy, co szybko przerodziło się w klasyczny konflikt pokoleń — świetnie uchwycony w serialu „Wojna domowa”. Ojcowie próbowali zmusić synów do krótkiego strzyżenia, a nauczyciele potrafili nawet wyprosić uczniów z lekcji i odesłać ich prosto do fryzjera.
Fryzury lat 70.: naturalność i trwała ondulacja
Lata 70. przyniosły zwrot ku naturalności. Wiele kobiet ograniczało makijaż, a na ulicach zaczęły dominować długie, rozpuszczone włosy, swobodnie opadające na ramiona. Ten klimat dobrze oddają fryzury Małgorzaty Braunek z filmów „Polowanie na muchy” i „Potop”, a także uczesania bohaterek serialu „Aniołki Charliego”. Młode dziewczyny inspirowały się też Cher oraz Agnetą z Abby. Posiadaczki lekko kręconych włosów często marzyły o efekcie à la Farrah Fawcett — z końcówkami wywiniętymi na zewnątrz — choć taka stylizacja wymagała cieniowania i modelowania na szczotkę.
Hippisowski luz oznaczał włosy noszone równo, zwykle z prostym przedziałkiem na środku głowy. Alternatywą była grzywka: całkiem prosta albo układana tak, by po obu stronach delikatnie się podkręcała. Fale wywijane na zewnątrz uzyskiwano dzięki modelowaniu na okrągłej szczotce. Równolegle rosła popularność koloryzacji — na rynku były już farby do włosów, a ceny usług w salonach stawały się coraz bardziej osiągalne dla przeciętnych kobiet. W tamtym czasie szczególnie mocno wybijał się platynowy blond.
W latach 70. trend na bardzo długie i gładkie pasma ścierał się z modą na loki. Coraz częściej wybierano trwałą ondulację. Pod koniec dekady pojawiło się także Afro — mocno skręcone, napuszone włosy układane w kulę, jak u Diany Ross. W Polsce taki efekt najłatwiej dawała właśnie trwała, choć jej minusem było to, że potrafiła mocno osłabić i zniszczyć włosy.
Hippisowska estetyka wpłynęła również na męskie uczesania, które wyraźnie się wydłużyły. Najmodniejsze były falujące włosy zaczesane do tyłu albo opadające swobodnie na boki. Z tyłu wielu panów zapuszczało pasma na kark, często z końcówkami zawijającymi się na zewnątrz. Przez pewien czas prawdziwym hitem stały się też dłuższe bokobrody.

Fryzury lat 80.: tapirowanie i odrosty
W latach 80. wciąż ceniono naturalny wygląd, ale w wersji „kontrolowanie niegrzecznej” — jak po wietrze, lekko rozczochranej i celowo nieuczesanej. Taki artystyczny nieład potrafił jednak mocno dać włosom w kość. Osiągano go głównie przez tapirowanie, solidne lakierowanie i kręcenie lokówką. Na topie był tleniony blond i widoczne odrosty, a także nierówne farbowanie na kilka kolorów oraz pasemka.
Moda lat 80. była odważna, nieoczywista i pełna przesady, a fryzury idealnie to podkreślały. Najbardziej szalone, zwłaszcza sceniczne uczesania, pokazywały Madonna i Cyndi Lauper. Z kolei na co dzień wiele kobiet stawiało na długie, falujące, lekko kręcone włosy w klimacie Cindy Crawford czy Nicole Kidman.
Dziś kolorowa, zwariowana estetyka lat 80. często kojarzy się z obciachem. To był też czas, gdy wyjątkowo nietypowe potrafiły być fryzury męskie — i panowie, zwykle bardziej zachowawczy niż panie, pozwalali sobie na zaskakującą ekstrawagancję. Ogromną popularność zdobyło uczesanie nazywane w Polsce fryzurą „na czeskiego piłkarza”. Skąd ta nazwa? Być może po raz pierwszy wypatrzono ją właśnie u czeskich sportowców. Ten styl nosiło wiele ówczesnych gwiazd, m.in. Richard Dean Anderson z serialu MacGyver, Rod Stewart, Limahl i inni.
Choć wariantów było sporo, znak rozpoznawczy pozostawał podobny: krótko po bokach, długo na karku oraz nastroszona grzywka i włosy na czubku głowy. Za granicą całość często podkręcano farbowaniem lub blond pasemkami. W Polsce wersja była spokojniejsza: dłuższa grzywka, nierzadko zaczesana do góry, krótsze boki i dłuższy kark. Podczas gdy zachodnie gwiazdy przykładały dużą wagę do pielęgnacji, polscy panowie nieraz nosili włosy przetłuszczone i przyklepane po bokach. Przez to głowa z długimi włosami na czubku i na karku, przy jednocześnie krótkich, przylizanych bokach, optycznie wydawała się jeszcze bardziej wydłużona.
Co ciekawe, „czeskiego piłkarza” podłapały też dziewczyny. Natapirowane fryzury robiono, unosząc włosy u nasady i utrwalając je ogromną ilością lakieru. Damska wersja wyglądała jednak inaczej: włosy sterczały w różne strony, dzięki czemu łatwo było uzyskać efekt bujnej, puszystej i bardzo „dużej” fryzury.
Wbrew pozorom zrobienie modnego uczesania w Polsce nie było dla młodych ludzi takie proste. Zwykli, osiedlowi fryzjerzy często nie potrafili odtworzyć fryzur znanych z zachodnich teledysków i magazynów. W latach 80. spopularyzowała się więc damska fryzura „na włoszkę” — prosta do wykonania, znana każdej fryzjerce i chętnie proponowana klientkom. To było uczesanie w lekkim nieładzie, kształtem przypominające klasycznego „czeskiego piłkarza”. Hitem był też efekt „mokrej włoszki”, czyli włosów wyglądających na wilgotne — żeby go uzyskać, wcierało się we włosy odpowiednią piankę.