Żona Jana Matejki wpadła w furię i zniszczyła jego obraz. Powód był bardzo osobisty

Teodora z Giebułtowskich Matejkowa nie była jedynie „żoną Jana Matejki”. Stała tuż obok twórcy narodowych mitów, a jednocześnie sama wymykała się prostym definicjom: porywcza i czarująca, czuła i nieprzewidywalna, pełna energii, która potrafiła zarówno rozpalać, jak i niszczyć. Za kulisami wielkich płócien rozgrywała się historia znacznie bardziej intensywna, niż sugerują podręczniki — o uczuciu, które dawało natchnienie, o napięciach, które narastały latami, o bólu i chorobie, które zmieniały wszystko. Kim naprawdę była kobieta, która stała się muzą, najbliższą towarzyszką i zarazem więźniem własnych emocji? Dalej zaczyna się opowieść, której nie da się zapomnieć.
- Teodora Giebułtowska i młody Matejko
- Zaręczyny Matejki: pierścionek w gniewie
- Teodora Matejki: muza i konflikt
- Choroba Teodory i dramat Matejki
- Teodora Matejko: muza czy burza?
Teodora Giebułtowska i młody Matejko
Teodora wychowywała się w krakowskim domu Giebułtowskich – w rodzinie, która kochała sztukę i chętnie otwierała drzwi przed ludźmi. Muzyka, książki i rysunek były tu codziennością, a nie odświętną atrakcją. Jej bracia uczyli się gry na instrumentach u Franciszka Matejki, ojca przyszłego malarza. Nic więc dziwnego, że młody Jan, oczarowany dźwiękami i ciepłą atmosferą tego miejsca, zaczął bywać tam regularnie. Właśnie w tych pokojach i rozmowach rodziła się ich więź – najpierw dziecięca i niewinna, później coraz bardziej intensywna, karmiona wspólnymi zainteresowaniami i emocjami, których nie dało się już zignorować.
Już jako dziecko Teodora wyraźnie odcinała się od rówieśników. Ciekawa świata, z dużymi, fiołkowymi oczami i temperamentem, którego trudno było okiełznać, szybko zwracała na siebie uwagę. Choć trafiła na pensję, gdzie kształcono ją głównie w „stosownych” umiejętnościach: hafcie, muzyce i rysunku, od początku było w niej coś więcej – niezależność, pewność siebie i naturalna charyzma. Dla Matejki nie pozostała jedynie miłym wspomnieniem z młodości; z czasem stała się kobietą, która miała silnie odcisnąć się na jego życiu prywatnym i na tym, co tworzył.
Zaręczyny Matejki: pierścionek w gniewie
Ich zaręczyny w niczym nie przypominały lukrowanych opowieści z ówczesnych romansów. Kiedy siedemnastoletni Jan Matejko – już wtedy zapowiadający się na wielki talent – poprosił Teodorę o rękę, usłyszał nie tylko „nie”, ale według relacji… miał też zobaczyć, jak pierścionek ląduje rzucony w jego stronę. Choć historię tę zapisano dopiero po latach (i to ręką sekretarza artysty), więc mogła zostać podkręcona dla efektu, jedno wydaje się pewne: między nimi od początku było napięcie. A to, co zaczęło się od iskier, szybko przerodziło się w ogień – trudny do okiełznania, ale pełen namiętności.
W listopadzie 1864 roku powiedzieli sobie „tak” w kościele Karmelitów na Piasku w Krakowie. Dla Matejki był to wybór jednocześnie uczuciowy i rozsądny – znał Teodorę od dawna, ufał jej i szczerze ją podziwiał. Dla niej zaś oznaczało to start w życie u boku człowieka całkowicie pochłoniętego malarstwem: często nieobecnego myślami, a jednak wciąż emocjonalnie zaangażowanego. Ich małżeństwo miało temperaturę burzy – dużo napięć, silne uczucia, dramaty i powroty. Teodora z czasem stała się kimś więcej niż żoną: pozowała, współtworzyła jego świat, była muzą, której rysy przenikały do historii na płótnach. Jej portret ślubny urzeka subtelnością, a w twarzy Barbary Radziwiłłówny z jednego z najsłynniejszych obrazów łatwo dostrzec podobieństwo właśnie do niej – kobiety, która potrafiła kochać, walczyć i inspirować.
Teodora Matejki: muza i konflikt
Dla Jana Matejki Teodora znaczyła o wiele więcej niż „tylko” żona – była jego osią, wokół której krążyła wyobraźnia. Na obrazach nie funkcjonowała jako anonimowa modelka, lecz jako pełnokrwista postać: z temperamentem, emocjami i własną opowieścią. Raz stawała się królową, innym razem świętą czy dostojną matroną – kobietą, która niesie w sobie historię i mierzy się z losem. Była dla niego żywym źródłem natchnienia, obecnym zarówno w chwilach czułości, jak i wtedy, gdy między nimi iskrzyło.
Jednak ta intensywność miała też ciemną stronę. Do najbardziej wstrząsających scen doszło, gdy Matejko w tajemnicy malował portret siostrzenicy Teodory – obraz znany jako „Kasztelanka”. Kiedy prawda wyszła na jaw, reakcja żony była natychmiastowa i gwałtowna. W przypływie zazdrości zniszczyła swój własny portret ślubny – gest tak wymowny, że nie potrzebował żadnych wyjaśnień. Malarz co prawda odtworzył dzieło, ale między małżonkami zapadł chłód. Od tej pory codzienność coraz częściej przypominała pole walki, na którym ścierały się ambicje, uczucia i narastające pretensje.
Przeczytaj także: Czy Sienkiewicz był tyranem? Żona porzuciła go po sześciu tygodniach

Choroba Teodory i dramat Matejki
Z upływem lat zdrowie Teodory zaczęło się wyraźnie pogarszać. Najpierw pojawiła się cukrzyca — w tamtym czasie choroba słabo rozpoznana i niemal niewdzięczna w leczeniu. Potem przyszły wahania nastroju, wybuchy agresji i długie okresy przygnębienia. Wzywano lekarzy, szukano ratunku w uzdrowiskach, próbowano kąpieli leczniczych, sięgano nawet po morfinę — podawaną z myślą o uspokojeniu, a w praktyce nasilającą problemy psychiczne. Teodora mierzyła się z czymś, czego nie potrafiła nazwać ani ona, ani jej bliscy. Z dnia na dzień coraz częściej czuła, jak własne ciało i umysł stają się dla niej nieprzeniknione, jakby należały do kogoś innego.
W 1882 roku zapadła decyzja o umieszczeniu jej w zakładzie psychiatrycznym. Był to moment przełomowy i bolesny — dla niej oraz dla Jana. Teodora, niegdyś pełna energii i zmysłowości, została sprowadzona do roli pacjentki: cichej, odsuniętej od świata, rozpaczliwie tęskniącej za zwyczajnym życiem. Składała prośby o wypis, szukała wsparcia, próbowała odzyskać sprawczość i prawo do decydowania o sobie. Jednak epoka nie sprzyjała kobietom z kryzysem psychicznym — łatwo przyklejano im etykiety „histeryczek”, „kłopotliwych”, „nie do okiełznania”. Matejko starał się jednocześnie ogarniać dom, wychowanie dzieci i pracę, coraz częściej żyjąc w rozdarciu. Ich relacja, niegdyś nasycona uczuciem, zaczęła kruszeć i pękać — jak obraz, który zbyt długo stał w ostrym słońcu.
Teodora Matejko: muza czy burza?
Mimo burz, gdy Jan odchodził w 1893 roku, Teodora była przy nim do samego końca. Być może właśnie wtedy – choćby na moment – znów znaleźli się po tej samej stronie, jakby ich historie na chwilę się domknęły. Odeszła trzy lata później, 25 sierpnia 1896 roku, i została pochowana obok męża na cmentarzu Rakowickim. Ich wspólny grób jest nie tylko śladem po wielkim malarzu, lecz także cichym dowodem na obecność kobiety, bez której jego sztuka brzmiałaby inaczej.
Dzisiaj, gdy przyglądamy się losom Teodory, trudno nie zobaczyć w nich tragedii osoby, która wyprzedziła swój czas. Była zbyt wyrazista, zbyt impulsywna, zbyt samodzielna jak na normy końca XIX wieku. A jednak to właśnie ona stała się źródłem jednych z najpiękniejszych kobiecych wizerunków w polskim malarstwie. Biografka Matejki celnie podsumowała ich relację: „Z Teodorą życie Matejki było nieustannym przerzucaniem się od piekła do nieba najwyższych uniesień.” Może więc „muza” to określenie zbyt proste. Teodora była jego nawałnicą, cieniem, zapalnikiem i... lustrem, w którym odbijały się największe napięcia epoki.
Źródła:
- Antecka J., Buyko M., Teodora, moja miłość. Codzienność Jana i Teodory Matejków, Olszanica 2014.
- https://czasopisma.uni.lodz.pl/tech/article/view/17409
- https://niezlasztuka.net/o-sztuce/milosc-zazdrosc-i-szalenstwo-jan-matejko-teodora-giebultowska/
- https://www.researchgate.net/publication/369807330_W_cieniu_wielkiego_mistrza_-_Teodora_Matejko_Zarys_biografii