Polak, który odkrył witaminy. Nagrodę Nobla za jego odkrycie dostał... ktoś innyWyobraź sobie młodego Polaka w dusznym londyńskim laboratorium. W probówce – brunatny wyciąg z otrąb ryżowych, zapach drożdży i ryżu. Choroba beri-beri zbiera żniwo na Jawie, a „wszyscy” winią zwykły ryż. On miesza roztwór, zapisuje nerwowo liczby, widzi ślad azotu. W tym momencie łączy kropki: w jedzeniu musi kryć się mikroskopijny klucz. Nada mu nazwę, która obiegnie świat: „witamina”. To nie był cud, lecz upór: filtracja za filtracją, krystalizacja, próby na oddech i puls. Z drożdży, mleka i ryżu wyłoni się ślad, którego szukali wszyscy, tylko nie widzieli. Kilka lat później kupi za własne pieniądze urządzenie do produkcji insuliny, by uratować obcych ludzi. Napisze tekst, który po raz pierwszy połączy dietę, ruch i psychikę – i podłoży lont pod modę na „fit”. A jednak, gdy przychodzi czas nagród, drzwi pozostają zamknięte. Świat bije brawo, ale nie tam, gdzie trzeba. Cztery razy usłyszy swoje nazwisko… i cztery razy zapadnie cisza. Dlaczego ten, który odwrócił bieg tylu chorób, sam odebrał tak gorzki werdykt? Miał dwadzieścia lat i dyplom doktora, a w biodrze bliznę, która przypominała, że ciało bywa kruche. Kto zgarnie laury, gdy on siedzi nad notatnikiem pełnym liczb? I co dokładnie wydarzyło się tamtej nocy nad brunatną cieczą…