Pod koniec XIX wieku Tatry były prawie łyse – dziś mało kto o tym wieWyobraź sobie poranek w Tatrach: mgła wisi między świerkami, cisza aż dzwoni, a jednak coś tu nie pasuje. Ten las, który wydaje się wieczny, sto trzydzieści lat temu prawie nie istniał. Papiernie, tartaki i 30 tysięcy owiec ogołociły stoki tak, że woda schodziła jak po szkle, niosąc w doliny błoto i powodzie. Wiedeń zarządził sekwestr, zapadła decyzja o licytacji. I wtedy jeden człowiek postanowił zrobić coś szalonego: wystawił na szalę rodzinny majątek, przejął „resztki lasów i skał” i zaczął je leczyć. Dla najbliższych był to wspaniały kamień u szyi, ale on płynął pod prąd. Leśnicy wykładali co roku tysiące drzew‑pułapek, wypatrywali rdzawej mączki pod korą, ścigali się z wiosenną rójką kornika – za wcześnie okorujesz, ucieknie; za późno, wyleci. Stoki zaczęły się zielenić. Tyle że zieleniły się czymś, co nie było z tych stron. W miejsce puszczy bukowo‑jodłowej wprowadzono lite świerczyny, często obcego pochodzenia – płytkie korzenie, kwaśna ściółka, grzyby, wiatr, który tylko czeka. Do dziś w cieniu młodych świerków szukamy tych kilku buków i jodeł, które pamiętają prawdziwy głos tego lasu. Co wydarzyło się tamtego majowego dnia i dlaczego dobre intencje obróciły się w długie lata naprawy? Odpowiedź nie jest tak prosta, jak się wydaje…