Pierwsze stacje benzynowe w przedwojennej Polsce. Jak i czym tankowano samochody sto lat temu?

Wyobraź sobie podróż automobilem w latach 20. lub 30. ubiegłego wieku, kiedy na polskich drogach zdecydowanie częściej można było spotkać konną furmankę niż warczący pojazd spalinowy. Brakowało równego asfaltu, wszechobecny był kurz, a znalezienie miejsca do uzupełnienia baku stanowiło dla kierowców wyzwanie. Jak w takich realiach radzili sobie pionierzy polskiej motoryzacji, skąd brano paliwo i jak wyglądały początki stacji benzynowych w II Rzeczypospolitej?
Gdzie kupowano paliwo, zanim powstały stacje benzynowe?
Zanim na rogatkach miast i głównych skrzyżowaniach pojawiły się charakterystyczne dystrybutory z logo znanych spółek naftowych, kierowcy musieli wykazywać się ogromnym sprytem. Na samym początku XX wieku, a także u progu odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku, zorganizowana infrastruktura motoryzacyjna po prostu nie istniała – pierwsza stacja benzynowa powstała w 1924 roku w Warszawie. Wcześniej po benzynę wcale nie jechało się na wyspecjalizowaną stację.
Zamiast tego właściciele automobili udawali się do… lokalnej apteki, drogerii lub składu materiałów chemicznych. Benzynę traktowano wówczas jako specjalistyczny środek chemiczny, często używany przez gospodynie domowe do wywabiania tłustych plam z odzieży. Sprzedawano ją na wagę, w szklanych butelkach lub niewielkich blaszanych bańkach. Kierowca musiał znieść te zapasy do samochodu i ostrożnie, za pomocą lejka z gęstym sitkiem, które zatrzymywało liczne zanieczyszczenia, przelać cenny płyn do baku swojego wehikułu.
Warto tutaj zwrócić uwagę na jeszcze jeden, często pomijany aspekt – ryzyko. Takie prowizoryczne przelewanie wysoce łatwopalnego płynu na ulicy bywało niebezpieczne. Wystarczyła chwila nieuwagi, aby doszło do pożaru i uszkodzenia cudzego mienia, na przykład przejeżdżającej obok furmanki. Dziś w przypadku wyrządzenia szkód obowiązkowe ubezpieczenie OC samochodu (np. https://hdi.pl/ubezpieczenie-oc/) chroni sprawcę przed finansowymi skutkami odpowiedzialności cywilnej, pokrywając szkody poszkodowanych w granicach określonych ustawą. Sto lat temu za każdy wypadek przy tankowaniu automobilista musiał płacić z własnej kieszeni, co mogło oznaczać dla niego prawdziwą katastrofę finansową.
Pompy chodnikowe, które służyły do tankowania samochodów
Wraz ze wzrostem liczby samochodów w latach 20. XX wieku narodziła się potrzeba stworzenia profesjonalnej infrastruktury. Wtedy na ulicach Warszawy, Lwowa, Poznania czy Krakowa zaczęły wyrastać tzw. pompy chodnikowe. Były to najczęściej smukłe, żeliwne kolumny, malowane na jaskrawe kolory, umiejscawiane bezpośrednio na skraju trotuaru, tak, by pojazd mógł zaparkować tuż przy krawężniku.
Proces tankowania przy takiej pompie był prawdziwym rytuałem. Wyróżniały go trzy charakterystyczne etapy:
Ręczne pompowanie, gdyż dystrybutory nie miały silników elektrycznych. Paliwo z podziemnego zbiornika trzeba było wypompować za pomocą specjalnej, dużej korby, co wymagało od obsługującego sporej krzepy i cierpliwości.
Paliwo nie trafiało bezpośrednio do baku. Najpierw tłoczono je do dwóch przezroczystych, szklanych naczyń miarowych (zazwyczaj o pojemności 5 litrów), umieszczonych na samym szczycie dystrybutora. Dzięki temu kierowca dokładnie widział, czy benzyna jest klarowna i jaką jej ilość kupuje.
Gdy cylinder się wypełnił, obsługa otwierała specjalny zawór. Wówczas odmierzona porcja benzyny pod wpływem grawitacji spływała długim gumowym wężem prosto do zbiornika w pojeździe, a w międzyczasie napełniano drugi cylinder.
Dzisiejszy proces tankowania, w porównaniu z tym sprzed stu lat, jest więc ekspresowy. Warto jednak podkreślić, że rynek paliwowy w przedwojennej Polsce rozwijał się prężnie, głównie za sprawą bogatych rodzimych złóż ropy naftowej w Borysławsko-Drohobyckim Zagłębiu Naftowym. Na ulicach konkurowały ze sobą wielkie firmy. Prawdziwym potentatem była spółka Standard-Nobel w Polsce, budująca sieć dystrybutorów według najlepszych amerykańskich wzorców. Silną pozycję zajmowały państwowy Polmin (Państwowa Fabryka Olejów Mineralnych) oraz mniejsze zrzeszenia, takie jak Karpaty.
Czym napędzano silniki przedwojennych samochodów?
Paliwo sprzedawane sto lat temu diametralnie różniło się od nowoczesnych, wysokooktanowych i rafinowanych mieszanek. Ówczesna benzyna miała zaledwie 50-60 oktanów. Jeśli zostałaby wlana do współczesnego nam auta, doszłoby do natychmiastowego, głośnego i niszczącego spalania stukowego.
Z tego powodu ogromną popularnością cieszyły się tzw. mieszanki motorowe. Najpowszechniejsza była kompozycja benzyny z benzolem (zazwyczaj w proporcji 70:30). Benzol znacznie poprawiał właściwości przeciwstukowe paliwa, dzięki czemu silnik pracował płynniej. Eksperymentowano również z dodawaniem wysokoprocentowego spirytusu, co promowano w prasie jako akt patriotyczny – alkohol produkowano w kraju, dzięki czemu zmniejszano zależność od importowanych zagranicznych dodatków chemicznych.
Obsługa na medal, czyli zawód „pompiarza”
Pod miejskimi dystrybutorami niezwykle ważna była również kultura obsługi. Kierowca podjeżdżający po paliwo w latach 30. XX wieku nie brudził sobie rąk. Całym procesem zajmował się „pompiarz” – pracownik stacji ubrany w nienaganny firmowy uniform, często składający się z eleganckiego kombinezonu i czapki z daszkiem. Do jego obowiązków nie należało wyłącznie żmudne kręcenie korbą. W ramach najwyższego standardu obsługi pompiarz przecierał szyby i reflektory, sprawdzał poziom oleju bagnetem, dolewał wody do chłodnicy z mosiężnej konewki i badał ciśnienie w oponach.
Historia pierwszych polskich stacji benzynowych to barwna opowieść o czasach, w których motoryzacja miała w sobie magię i urok nowości. Zapach ciężkiej benzyny, metaliczny zgrzyt ręcznie obsługiwanych pomp na ulicach wielkich miast, połyskujące w słońcu szklane cylindry i nienaganne maniery obsługi tworzyły niezwykły klimat. Choć technologia poszła zdecydowanie naprzód, a podróże stały się szybsze, ten przedwojenny romantyzm polskich dróg na zawsze pozostanie jednym z najciekawszych rozdziałów w historii techniki.